1 gość 

Artykuły Tadeusza Boya-Żeleńskiego publikowane na łamach „Wiadomości Literackich” w 1932 roku. Zachowano oryginalną pisownię (słownictwo, interpunkcja).


Spis treści
1. Nr 1 (418), Niedziela, 3 stycznia 1932 r.
2. Nr 3 (420), Niedziela, 17 stycznia 1932 r.
3. Nr 4 (421), Niedziela, 24 stycznia 1932 r.
4. Nr 5 (422), Niedziela, 31 stycznia 1932 r.
5. Nr 6 (423), Niedziela, 7 lutego 1932 r.
6. Nr 7 (424), Niedziela, 14 lutego 1932 r.
7. Nr 8 (425), Niedziela, 21 lutego 1932 r.

 


Rok 1932 na łamach „Wiadomości Literackich” rozpoczął Boy od odpowiedzi na ankietę redakcji, dotyczącą najbliższych planów wydawniczych:


W pracowniach pisarzy polskich
Nasza ankieta

Boy-Żeleński: Zapytanie „Wiadomości Literackich” przyszło w chwili, gdy właśnie wydałem trzy nowe prace („Zmysły... zmysły”, „Jak skończyć z piekłem kobiet” oraz „Znasz-li ten kraj?”) w ciągu ostatnich paru miesięcy; dlatego chwilowo tekę mam nieco opróżnioną. Najbliższą moją książką, która ukaże się w druku (w lutym 1932), będzie dziesiąty wieczór „Flirtu z Melpomeną”; jakiś nowy tom szkiców literackich też uzbiera się niedługo. Pozatem nie robię planów na daleką metę i nigdy nie wiem co mi życie przyniesie. Konsekwencję i systematyczność zachowuję dla „Bibjoteki Boya”, której nowe poprawne wydanie kontynuuję wytrwale (dotąd ukazało się 36 tomów), mimo niezmiernie trudnych warunków i braku poparcia ze strony publiczności. W tej chwili wychodzi w niej nowe wydanie Pism Montaigne'a, które już od tak dawna znikły z półek księgarskich; prócz tego ukażą się w najbliższych miesiącach pierwszy raz po polsku: Kuratela Balzaka, Pieśń o Rolandzie, najstarszy zabytek pismiennictwa francuskiego wedle opracowania Josepha Bédier; dalej dwa niezwykle ciekawe dokumenty autobiograficzne: Benjamina Constant Czerwony kajet oraz Stendhala Pamiętnik egotysty, będący niejako dopełnieniem Życia Henryka Brulard.
(...)


 

BOY-ŻELEŃSKI

Niebezpieczna fikcja

Widowisko, na które patrzymy w tej chwili, godne jest uwagi: doniosłość jego przerasta nawet o wiele przedmiot, który mu dał powód. Mam na myśli reakcję, którą wywołał projekt nowej ustawy małżeńskiej. Przygotowywany przez szereg lat, obmyślany z całą rozwagę przez komisję kodyfikacyjną, która reprezentuje z pewnością najbardziej zachowawcze i umiarkowane sfery naszego prawoznawstwa, projekt ten, od pierwszej chwili ujawnienia, rozpętał istną burzę. Bez najmniejszej próby porozumienia się, uzgodnienia stanowisk, nasze wysokie duchowieństwo rzuciło niemal klątwę na pp. kodyfikatorów, potraktowało tych czterdziestu kilku srebrowłosych starców jak chłystków, zuchwalców, buntowników, łobuzów. Znane są listy pasterskie biskupów i prymasa. Ale to była dopiero przygrywka, po której natąpiła zorganizowana agitacja przeciw projektowi. Nad jej formą i metodami warto się zastanowić.
Katolicka Agencja Prasowa zakasała rękawy i wzięła się do roboty. Komunikaty podpisane „KAP” mają swoją zasłużoną reputację; uczyniły przy tej okazji co mogły, aby tę reputację usprawiedliwić. To jest centrala gazów trujących. A jaki rozwinięto terror wśród swoich, świadczy fakt, że, kiedy niepodejrzany chyba o bezbożnictwo sędziwy ksiądz Urban, jezuita, powiedział swoje rozsądne i niezależne słowo, natychmiast, najwyraźniej „pod rewolwerem”, musiał w upokarzającej formie wszystko odwołać i wszystkiego się wyprzeć.
Ale to, co znają czytelnicy pism stołecznych, niczem jest w porównaniu do tego, co się dzieje w całej Polsce na prowicji. Tam dopiero działa się słowem i pismem! Ambona, wiec, gazetka lokalna... System zawsze jeden: podaje się fałszywe tezy, dorabia się do nich fałszywy komentarz, na tej podstawie uzyskuje się lub wymusza rezolucje i protesty obałamuconej ludności, te protesty znów przez centralę wysyła się w świat jako „żywiołowy odruch społeczeństwa”, i tak wkółko.
Czyni się to w sposób najbardziej bezwzględny, zarazem obliczony na grubą ciemnotę. Zohydza się projekt niemiłej ustawy jako bolszewicki, bezczelny, bezwstydny, bezbożny (same b). Zwłaszcza „bolszewicki”; przyczem oczywiście przemilcza się, że jest on jedynie bardzo zapóźnionem zrównaniem z urządzeniami od lat istniejącemi w całej Europie. Opowiada się w drastycznej formie, że rząd chce wprowadzić „psie małżeństwa”; że chodzi o to, aby każdy mógł co tydzień zmieniać żonę, rzucić starą a brać młodą, przemilcza się zaś to, że rozwód cywilny, ze swoim swoim szeregiem warunków i swoją wieloletnią kwarantanną, będzie nieskończenie trudniejszy do uzyskania niż owo katolickie „unieważnienie”, które każdy bogaty człowiek może dziś sobie przez adwokata konsystorskiego zafundować; że ujednostajnienie prawa małżeńskiego właśnie stanie się ochroną dla kobiety, którą dziś, zapomocą prostej zmiany religji, mąż może w każdej chwili rzucić i zostawić na bruku. Plecie się smalone dudy o „małżeństwach lindseyowskich”, krzycząc wniebogłosy że „sam Lindsey” odwołał swoje poglądy w ostatniej książce; przyczem najwyraźniej nikt z piszących o tem nie widział na oczy owej ostatniej książki Lindseya, która jest tylko rekapitulacją i wzmocnieniem jego poglądów, bynajmniej nie odwołaniem. (Ale co to zresztą ma do rzeczy?) Wkońcu – i to już szczyt humorystyki – kler występuje w obronie swoich owieczek, lamentując, że cywilna ustawa małżeńska... podroży śluby i obciąży ludność nowym podatkiem!!
Co tam zresztą argumenty! Grunt to obelgi, jakie wszystkie pisemka prowincjonalne, dzielnie w tem obsługiwane przez „KAP”, wylewają kubłami na komisję kodyfikacyjną, złożoną z „masonów i niedowiarków”, którzy „chcą zmusić Polaków do zaparcia się Boga i podeptania moralności chrześcijańskiej”; komisję, której „beczelność i bewstyd” da się porównać tylko z Sowietami, i t. d.
W ten sposób „poinformowaną” ludność zagania się do podpisywania protestów. Chorzy w szpitalach muszą podpisywać pod grozą szykan ze strony siostrzyczek. Zdrowi – pod grozą rygorów kościelnych. W Łucku, po nabożeństwie, młodzież szkolna musiała przysięgać, że będzie walczyła z tą bolszewicką ustawą. Odmawia się sakramentów kmiotkowi na Pomorzu, o ile nie uzna prof. Lutostańskiego bolszewikiem i rozpustnikiem. Nie dziw, iż potem czytamy w „Dzienniku Gdyńskim”, że w Gdyni Tow. Rzemieślników i Rybaków „przystępuje do Stołu Pańskiego, aby uprosić Boga o łaskę oświecającą dla członków komisji kodyfikacyjnej, żeby skreśliła punkty sprzeczne z zasadami wiary katolickiej z projektu nowego prawa małżeńskiego”...
Czy nie byłoby lepiej wprost porozumieć się z komisją kodyfikacyjną, niż rozmawiać z nią za pośrednictwem rybaków z Gdyni? Możeby jej wskazać te punkty? Ale wówczas okazałoby się, że te punkty wzięte są z ustawodastw innych katolickich krajów (konkordat belgijski!), gdzie kościół dawno się z niemi pogodził. I dlatego trzeźwo patrzący ksiądz Urban nie widział tych „punktów” i radził naszemu duchowieństwu z gruntu odmienić taktykę...
Kto wie, jakiemi środkami rozporządza na wsi lub w małem miasteczku duszpasterz i jak daleko może sięgać jego presja, ten łatwo sobie wyobrazi technikę zbierania tych podpisów. Ale przy tym sposobie informowania, mogą między niemi być szczere; i są z pewnością. Zabawne tylko jest, że najobfitszy plon tych protestów zbiera się w b. zaborze pruskim, gdzie oddawna obowiązuje – ba, dalej idące od projektu naszej komisji!- właśnie to cywilne ustawodastwo małżeńskie, o które jest cały rwetes! Trudno o kunsztowniejsze arcydzieło mistyfikacji, niż to którego dokonał tutaj nasz kler.
Ale jaki ma cel ta walka, w której często nawet pastorał zmienia się w widły; jaki cel to agitowanie mas, to podawanie w pogardę państwa, które ci nieboracy ledwie nauczyli się znać i szanować? Kogo to ma oszukać? Nie rząd, bo każdy rząd sam wie najlepiej, jak się robi takie nastroje i takie opinje. Przecież nie plebiscyt będzie to rozstrzygał. Cóż z tego, że rybaczki w Gdyni modlą się o światło dla Lutostańskiego, kiedy tu raczej trzebaby się modlić o nawrócenie i o siłę męczeństwa dla Janusza Radziwiłła.
Ta fala demagogji, kłamstwa, oszczerstw, antypaństwowego podjudzania płynie bez żadnej przeszkody w pismach i na wiecach; ba, nawet radjo oddano jej na usługi. Może w tem jest kalkulacja, że samą swą napastliwością i złą wiarą akcja ta zużyje się i obudzi zbawczą reakcję; że społeczeństwo potrafi dać jej odpór. Wszak tu nietylko o „rozwody” idzie, ale o coś więcej.
Jak dotąd, odpór ten jest zadziwiająco słaby. O ile część pism oddała się niepodzielnie na usługi „KAP”, o tyle inne pisma starają się, o ile można, nie wypowiadać; te nawet, które objawiają sympatje dla projektu komisji, omawiają ten projekt bardzo rzeczowo, abstrakcyjnie, - z umysłu obojętnie; - czasem jedynie, między wierszami, dla umiejących dobrze czytać, przyszpilając zbożne szalbierstwa napastników. Ale, w sumie, uderzający jest brak proporcyj między jawnością i zuchwalstwem ataku a dyskrecją i wstrzemięźliwością obrony.
Tłumaczy się to poniekąd układem stosunków w niepodległej Polsce. W chaosie pierwszych naszych poczynań, kler umiał się stać od początku wielką siłą. Świetnie zorganizowany, czujny, karny, z wiekowemi tradycjami polityki, wzbogacony wpływem dzięki naszej ordynacji wyborczej, umiał wyzyskać każdą sposobność, każdą cudzą słabość czy nieuwagę, każdy błąd. Żadne ze stronnictw nie lubi go mieć przeciw sobie. Jeszcze bardziej zaakcentowało się to od czasu przewrotu majowego i rozłamu jaki po nim nastąpił. Rozłam ten zmącił naturalne ugrupowania warstw, łącząc najsprzeczniejsze żywioły zarówo po stronie rządu jak po stronie opozycji. Wszystko, co nie stanowi bezpośredniego atutu w walce opozycji z rządem – choćby skądinąd najbardziej zasadnicze – stało się nieistotne a przynajmniej nieaktualne; stało się czemś, czego się nie rusza, aby nie osłabiać „wspólnego frontu”. Charakterystyczne jest, że po obu stronach kompromis odbył się kosztem „lewicy”... Braterstwo socjalizmu z endecją sparaliżowało odpór, jaki socjalizm w innych warunkach byłby dawał zaborczości klerykalnej. Gdyby nie partyzancki animusz p. Budzińskiej-Tylickiej, nasz organ socjalistyczny bodajże najchętniej zignorowałby całą tę awanturę kodyfikacyjną. Aby nie martwić księdza Panasia. Po stronie rządowej ten sam znowuż skutek sprawia wzgląd na „konserwę”.
Dodajmy, że i charakter naszej prasy uległ przeobrażeniu. Kiedy czytamy np. pamiętnik Świętochowskiego, wydaje się nam niemal legendą typ pisma, w którym grupa ludzi walczy o swoje poglądy lub wogóle pragnie jej wyrazić. Owszem, mamy pisma walczące, ale dość osobliwego typu. To jest, można powiedzieć, polska specjalność: jeden ewangelik dobiera sobie trzech wolnomyślicieli, dwóch Żydów i półtora masona, i przy ich pomocy redaguje wojujące pismo katolickie. Czesem tylko zdarzają się małe nieporozumienia, gdy np. w jednej rubryce widnieje natchnione orędzie o nieprzejednaniu kościoła w kwestji sakramentów, a w drugiej rubryce tegoż pisma czytamy o małżeństwie włoskiego wynalazcy Marconiego: „Na przeszkodzie małżeństwu stoi narazie fakt, że Marconi nie ma dotychczas rozwodu z pierwszą żoną. Jak wiadomo, rozwód we Włoszech nie istnieje, przeto Marconi zwrócił się do Watykanu z prośbą o unieważnienie małżeństwa. Prawdopodobnie, wobec wysokich wpływów narzeczonej (ojciec jej należy do gwardji papieskiej), prośba zostanie uwzględniona. Ślub zapowiadają na wiosnę”... („Kurjer Warszawski”).
Mamy zatem, jak z tego widać, pisma klerykalne. Natomiast miejsce dawnych pism liberalnych, demokratycznych, postępowych, czy jak je tam nazwać, zajęły przeważnie pisma „informacyjne”, które najchętniej unikają drażliwych przedmiotów. W tych dziennikach również prywatne opinje piszących nie mają żadnego wpływu na opinję – pisma.
Przed wojną było w Polsce co najmniej kilkanaście dużych dzienników o zabarwieniu antyklerykalnem; dziś niema ani jednego, mimo że napór kleru jest nieskończenie większy, nastrój zaś inteligencji miejskiej zdecydowanie antyklerykalny. Pod tym względem dzienniki nasze nie są w żadnej mierze odbiciem rzeczywistości. I jestem przekonany, że pismo, które byłoby wyrazem prawdziwej opinji czytelników w tych sprawach, miałoby zapewnione powodzenie. Trudno zrozumieć, czego się oni wszyscy boją? Straszaka, którego sami fabrykują.
Z tego wszystkiego powstaje paradoksalny obraz. Odkąd ogłoszono projekt ustawy małżeńskiej, biskupi grzmią klątwami, radjo co niedziela łka omal że nie pieśnią „Boże coś Polskę” przeciw naszej komisji kodyfikacyjnej, dzienniki przepełnione są mniej lub więcej zelżywemi protestami, i to wszystko bez żadnej przeciwwagi. Któżby się z tego domyślił, że projekt ten, jednomyślnie uchwalony przez naszych luminarzy prawa, przyjęło całe oświecone społeczeństwo z żywem uznaniem! I jakże ma być prawdziwy obraz, skoro nasza prasa (wiedząc doskonale co one są warte!) drukuje wszystkie sztucznie fabrykowane protesty i rezolucje, chowa zaś do teki lub rzuca do kosza setki autentycznych głosów, piętnujących z oburzeniem demagogię kleru.
Wogóle, gdyby wnosić z tego co znajduje wyraz w naszych pismach, możnaby nabrać przekonania o niesłychanem wręcz sklerykalizowaniu naszego kraju. Niewątpliwie, biorąc zewnętrznie, Polska jest klerykalna. Kina ani dancingu nie otworzy nikt bez kropidła i święconej wody. Ale klerykalna była do ostatnich czasów i Hiszpanja; pod tą powierznią mogą się kryć niespodzianki. Podejrzewam, że i u nas jest w tem wiele fikcji, i ta fikcja ma swoje niebezpieczeństwa. Źle jest gdy przy machinie parowej brak jest strzałki, która wskazuje ciśnienie.
Bo, przy tych sposobach fałszowania „opinji”, alboż my wiemy, co nurtuje pod tą skorupą? Bodaj na wsi, tej ziemi obiecanej naszych pasterzy? Wieś! Zapewne, to jest największa siła kleru, te miljony głosów bab wiejskich, które można rzucić na szalę w dniu wyborów, te procesje, które można wyprowadzić w całej Polsce przeciw „rządowym psim weselom” p. Lutostańskiego. To jest potęga, bodaj potęga ciemnoty. Ale czy taka pewna? Niewątpliwie, nasz chłop jest silnie przywiązany do religji, do obrzędów. Przywiązany jest do religji „raczej mimo księdza, niż przez księdza”, jak to w rozmowie ze mną sformułował pewien ziemianin. Ale czy ten chłop, pilnie utrzymywany w ciemnocie, podburzany przeciw własnemu państwu, czy ten bezdomny często proletarjusz z dziesięciorgiem dzieci, targujący się raz po raz o nową trumienkę, której ksiądz mu bez dobrej zapłaty nie pokropi, będzie zawsze równie podatnym gruntem dla sobkostwa i chciwości w sutannie? Czy kryzys obecnej nędzy (podczas którego wyciska się wciąż po staremu miljony na „misje murzyńskie”!) nie jest równocześnie momentem niebezpiecznych rewizyj, momentem refleksji w głowach najmniej do myślenia nawykłych? I właśnie w tym momencie nasz kler rozpętuje akcję, jakby poto aby – sposobem prowadzenia walki – unaocznić swój przerażająco niski poziom etyczny i umysłowy. Jadą – jak się to mówi – „na całego”. Niema kłamstwa, na które nie byliby gotowi gdy chodzi o zwalczenie przeciwnika, niema bredni, którejby w swoje owieczki nie spodziewali się wmówić. Sprowadzają walkę do tumanienia i terroryzowania najciemniejszych, w nadziei że w ten sposób zawsze będą mieli większość.
Ale to jest gra obosieczna. Bo, mimo że duchowieństwo nasze zlekceważyło zgóry w tej akcji wszystko co w Polsce jest wartościowszego, niepodobna przecież zapobiec temu, że ludzie patrzą i wyciągają wnioski. Patrzy na tę akcję inteligentniejszy robotnik, i nauczyciel ludowy; patrzy mnóstwo tych, którzy nie mogą się wypowiedzieć, ale którzy wiedzą co myśleć o tej oszalałej wojnie i o jej pobudkach. Dostaję dość często listy – przeważnie z najsilniej „okupowanych” dzielnic – otóż uderzony jestem bijącą z nich nienawiścią i wzgardą dla kleru. Czy celem tej księżej konfederacji jest budzić w ludności przekonanie, że katolicyzm to jest szkoła szalbierstwa i cynizmu? Może ta cała akcja naszego kleru to jaka masońska robota? Podobno zdarzały się wypadki, że mason zostawał biskupem!
I jeszcze jedno. Ilekroć chodzi o usprawiedliwianie kleru, zawsze wysuwa się straszaka „bolszewji”, od której kler ma być obroną. Ale ten przykład ma dwa oblicza. Przecież właśnie w Rosji było morze ciemnoty i nad niem – tryumfujący pop. To powinno dać do myślenia.



LEKARZE ZAKOPIAŃSCY

W chwili gdy oddawałem pod prasę poprzedni artykuł („Wiadomości Literackie”, nr. 420), otrzymałem cenny dowód słuszności tezy, którą w nim postawiłem. Mówiłem o fikcji, którą stwarza znakomita organizacja opinji fałszowanej, urabianej, narzucanej, wyłudzanej, przy zupełnym prawie braku organów dla opinji prawdziwej i niezależnej, nie mówiąc o innych przeszkodach w wypowiadaniu się takiej opinji.
Otrzymałem tedy rodzaj adresu, podpisanego przez czterdziestu lekarzy zakopiańskich („Wiadomości Literackie”, nr. 420). Pomijam to co w tem piśmie było dla mnie aż nazbyt pochlebnego i zaszczytnego. Chodzi o rzecz. Otóż, rzecz jest taka: czterdziestu lekarzy zakopiańskich deklaruje swoją pełną solidarność ze sprawą regulacji urodzeń i poradni „Świadomego Macierzyństwa”, ze sprawą postępowych zmian nowego kodeksu karnego, wreszcie z projektem nowej ustawy małżeńskiej.
Czterdziestu lekarzy, a jest ich wszystkich w Zakopanem czterdziestu kilku; rzadka jest taka jednomyślność, a jeszcze rzadsza taka samorzutność w ujawnieniu jej. I jaki przekrój: lekarze zakopiańscy, to ludzie z najrozmaitszych stron Polski, ludzie pozatem z pewnością rozmaitych obozów i przekonań. Trudno tu już mówić – jak jest zwyczaj – o masonach, o Żydach, o klice. Tem może różnią się lekarze zakopiańscy od innych, że są bardziej niezależni, mniej podlegający ciśnieniu, które dławi jednostki w mniejszych zwłaszcza środowiskach, nawykli bezpośrednio patrzeć na życie i na jego powikłania. No, i nawykli oddychać zdrowym górskiem powietrzem.
A równocześnie odbył się w Zakopanem wiec: w sprawie nowej ustawy małżeńskiej. Mam o nim relacje od naocznego świadka. Pod egidą miejscowego proboszcza wytrzęsiono na nim zwykłą porcję fałszów o komisji kodyfikacyjnej (o której wszak na wiecu w Warszawie pewien poseł do sejmu informował zebranych, że składa się ogółem z siedmiu członków, w tem pięciu Żydów a dwóch Polaków „ale głupich i do tego masonów”) i o nowej ustawie małżeńskiej. W rezultacie, głosami obałamuconych bab góralskich, wyrażono „jednomyślnie” oburzenie bolszewickiemu projektowi komisji.
Takie wiece odbywają się obecnie w całym kraju. Fabrykowane wedle tego samego wzoru, roztrąbywane następnie w całej prasie. Jako wyraz „opinji”. Otóż, gdyby nie prywatny niejako głos lekarzy zakopiańskich, któż znałby prawdziwe poglądy tak ważnego odłamu społeczeństwa w kwestji tej i innych pokrewnych? Możemy przypuszczać, że takich ośrodków opinji znalazłoby się w całym kraju bardzo wiele, ale nie ujawnią się, nie wiedzą może wręcz same o sobie. Któryś z moich korespondentów, podkreślając potrzebę organizowania się ludzi podobnie myślących, skarżył się na to odosobnienie: „Kto wie, – pisał, – może w tramwaju siedzi koło mnie ktoś, kto myśli tak samo jak ja, a ja o nim nie wiem, ani on o mnie”.
Bo na dowód, jak utrudnione jest porozumienie się i wypowiedzenie, dam jeszcze przykład. Fakt, którego udzielił mi jeden z lekarzy prowincjonalnych. Lekarz ten napisał – właśnie w sprawach, o których mówi pismo zakopiańskich lekarzy, – artykuł do pisma społeczno-lekarskiego p. t. „Czemu milczymy?” Odmówiono mu wydrukowania. O sprawach społeczno – lekarskich, w gazecie... społeczno-lekarskiej!!!.... Gdyby ów lekarz wyrażał przeciwne poglądy, miałby do swojej dyspozycji kilka tuzinów wszelakich gazet i gazetek w całym kraju. Niech to będzie zarazem objaśnieniem, czemu niektóre sprawy, które, zdawałoby się, należą gdzieindziej, trzeba poruszać w... Wiadomościach Literackich.
Pismo lekarzy zakopiańskich wydaje mi się tedy znamiennym sygnałem ostrzegawczym. Świadczy ono, że nietylko nie znamy opinji ogółu w najważniejszych sprawach społecznych, ale – tak jak rzeczy stoją – nie mamy prawie możności jej poznać.

Boy-Żeleński.



BOY-ŻELEŃSKI

Racine mordercą?

Krzyczą na mnie często, że robię plotki. Ale to jest widać duch czasu; najpoważniejsi ludzie robią dziś plotki. Taki był długo nacisk różnych konwenansów, że teraz, kiedy prysły, wszyscy radośnie na wyprzódki plotkują: „Czy pan wie? Czy pan wie?”
Ot, naprzykład, przysłał mi swoją świeżą książkę Krakowianin, docent uniwersytetu genewskiego, chlubnie znany w Belgji i Szwajcarji kryminolog. Książka zajmująca, p. t. „Le crime passionnel!”¹). Autor występuje w niej przeciw zabobonowi, który każe sądzić łagodnie zbrodnie dokonane pod wpływem namiętności miłosnych. Zwłaszcza zazdrość! Wykazuje, ile egoizmu, brutalności, kabotyństwa kryje się nieraz pod szlachetnemi pozorami; jakiem wreszcie niebezpieczeństwem społecznem staje się pobłażanie tym gwałtownym aktom, w których człowiek czyni sam siebie oskarżycielem, świadkiem, sędzią i wykonawcą wyroku. Zdaniem autora, trzeba koniecznie odrzeć owe „crimes passionnels” z niezasłużonego nimbu i karać je z całą surowością.
Może i racja. Jest pewne niebezpieczeństwo w tem, aby każda kobietka, która obleje kochanka witrjolem, otrzymywała w więzieniu kwiaty, propozycje małżeńskie i engagement do kina. Ale nie miałem czasu nad tem się zastanowić, bo w książce p. Rabinowicza zafrapowało mnie co innego. Ten młody prawnik rozwija w niej niepospolitą erudycję literacką. Platon czy Baudelaire; Rousseau czy Bourget; Goethe, de Vigny i Moljer; Szekspir i Crommelynck, – wszędzie zbiera przykłady dla demonstrowania mechanizmu namiętności. Ale zwłaszcza Racine: cóż za galerja kobiet – zwłaszcza opętanych miłością – od Hermiony do Roxany czy Fedry. I oto, na dowód że najbystrzejsza analiza namiętności nie chroni od jej przemocy, autor rzuca następujące zdanie:
„I tak, Racine, ten który nam tak cudownie odmalował namiętności miłosne, który znał od gruntu prawdziwą istotę zazdrości, wielki Racine otruł przez zazdrość aktorkę, pannę du Parc”...
Aż mnie zatknęło! Znałem wprawdzie oddawna tę plotkę, ale, skoro poważny kryminolog, w książce z przedmową prokuratora sądu apelacyjnego przytacza ją w tak pozytywnej formie, musi widocznie posiadać jakieś nowe materjały, dowody? Autor powołuje się w tem znowuż na książkę p. Ernesta Charles „La passion criminelle”; sprowadzam sobie tę książkę. Udziela mi się goroączka śledczo-kryminalna. Ale spotyka mnie zawód: to, co opowiada frywolnym stylem p. Charles o sprawie Racine'a, nie przyczynia nic nowego do znanych oskarżeń słynnej trucicielki i czarownicy, La Voisin. Sprawiedliwość „nie dała im biegu”, nie mamy prawa być surowsi od niej... Coś tam było, to pewne; ale biografowie Racine'a przypuszczają raczej co innego. Sądzą poprostu, że aktorka du Parc umarła wskutek poronienia i że Racine był może jej wspólnikiem. Nie dopuszczał w chorobie nikogo do jej łóżka; za jej pogrzebem szedł wpółprzytomny z rozpaczy („les poètes de théâtre – dont l'un, le plus interessé, – était à demi trépassé” – opisuje to nazajutrz rymowana kronika paryska). A w. XVII był raczej oszczędny w wyrazie uczuć.
Otóż, la Voisin, która, w czasie swego słynnego procesu, skompromitowała mnóstwo osób, obwiniła Racine'a wręcz o otrucie kochanki. Wiadomość tę miała od macochy panny du Parc, która w dodatku pomawiała poetę o... przywłaszczenie sobie kosztowności zmarłej! Ale co jest zdumiewające, to że istnieje list, adresowany przez ministra Louvois do komisarza „Chambre Ardente” (specjalny trybunał powołany dla tej olbrzymiej trucicielskiej sprawy), Bazin de Bezons: „Rozkazy królewskie potrzebne do uwięzienia imćpana Racine otrzyma pan natychmiast skoro pan zażąda". Uwięzienie nie nastąpiło; widocznie poeta zdołał się usprawiedliwić. I Bazin de Bezons i Racine byli członkami Akademji; może załatwili to po koleżeńsku.
Oto jak brzmi protokół zeznań La Voisin:
„– Poznała pannę du Parc przed 14 laty; przyjaźniły się, była przez ten czas wtajemniczona we wszystkie jej sprawy. Zamierzała już wcześniej zeznać, że panna du Parc miała zginąć otruta i że podejrzewano o to Jana Racine. Narobiło to sporo hałasu. Mogła w to wierzyć, ile że Racine uparcie nie dopuszczał, aby ona, bliska przyjaciółka panny du Parc, odwiedziła ją w czasie choroby, mimo że du Parc żadała jej ciągle. Kiedy La Voisin próbowała się tam dostać, nie wpuszczono jej, i to z rozkazu Racine'a, o czem dowiedziała się potem od macochy panny du Parc, nazwiskiem de Gorle, i od córek panny du Parc, które jej mówiły, że Racine jest przyczyną nieszczęścia...
– Co mówiła dokładnie de Gorle?
– De Gorle mówiła, że Racine, zaślubiwszy potajemnie pannę du Parc, był zazdrosny o wszystkich, a zwłaszcza o nią, La Voisin, co bardzo mąciło ich pożycie; i że wkońcu pozbył się jej zapomocą trucizny, wskutek swojej niezmiernej zazdrości. Że, w czasie choroby panny du Parc, Racine nie odchodził od jej łóżka, że jej ściągnął z palca kosztowny diament, a nawet klejnoty i rzeczy które du Parc miała bardzo cenne; że nawet nie pozwolił jej widzieć się z dawną pokojówką jej, Manon, która jest akuszerką, mimo że chora żądała Manon, i że mu kazała pisać aby ją sprowadził do Paryża, zarówno jak ją, Voisin”...
Tak zeznawała w listopadzie r. 1679. List o rozkazie aresztowania jest z dn. 11 stycznia 1680 r.
Zastanawiano się, co sądzić o tych zeznaniach. La Voisin nie kłamie. Stwierdzono jej prawdomówność w ciągu tego długiego procesu. Nie miała nic do stracenia ani do zyskania; mówiła prawdę. Powtórzyła to samo na torturach; niedodała nic więcej. Ale zważmy, że ona nie mówi tu od siebie; powtarza to co jej powiedziała de Gorle, której nie ma powodu uważać za wiarogodnego świadka.
Cóż za sprawa! Cóż za podejrzenie! Mniej zdziwi ono może, skoro się je weźmie na tle tego potwornego procesu, – a raczej serji procesów, – które wkońcu musiano zdławić, tyle największych osobistości Francji było w nie wmieszanych. Początek dało doniesienie jednego z księży, że mnóstwo penitentek spowiada się z otrucia kogoś, przeważnie męża. Wszystkie nici schodziły się w osobie owej La Voisin; ona dostarczała trucizn i sposobów magicznych. Wzięta na spytki, wydała wszystkich; – bezmała pół Paryża. Istna epidemja. Największe damy truły z zadziwiającą łatwością. Pewna markiza ćwiczyła się na chorych w szpitalu, zanim przeszła do pracy serjo! Pewna hrabina, miła, słodka osóbka, truła kochanków aby sobie – i im – oszczędzić przykrości zrywania; zakochawszy się w panu de Richelieu, próbowała truć każdą kobietę, na którą spojrzał jej ukochany. Uwięziona, spotkała się z dowodami powszechnej sympatji; skazano ją zaledwie na wygnanie; król ułaskawił ją, pod warunkiem że wróci do męża (którego też wprzód próbowała otruć). Tylko osoby z gminu, które były wmieszane w sprawę, karano bez litości.
Akta procesu La Voisin rzucają ostre światło na ten w. XVII, tak nabożny, tak pompatyczny i sztywny pod swoją wielką peruką. Czarna magja, spędzanie płodu, czarne msze z ołtarzem z nagiej kobiety i mordowaniem niemowląt, wściekłe rywalizacje, w których miłość splatała się z chciwością i ambicją, - oto tło na którem dopiero można właściwie zrozumieć teatr „chłodnego”, „słodkiego” Racine'a. Mimo tematów napozór starożytnych, był on pisarzem nawskroś współczesnym. Myli nas dziś gładki aleksandryn jego utworów, sztywność jego metafor, ale współcześni nie mylili się: po starym Corneille'u, poecie obowiązku, wyrzeczenia i cnoty, teatr Racine'a przerażał i oburzał jednych, zachwycał drugich swoim realizmem, furją swojej namiętności.
I dziś jeszcze może tak działać, skoro nas zaskoczy nieprzygotowanych. Miałem niedawno tego przykład. Przyjechała w zeszłym roku z Paryża znakomita aktorka, pani Pierrat, ze swoją trupą. Grała jednego dnia dwie sztuki: osławioną „La prisonnière” Bourdeta wieczorem i „Fedrę” Racine'a popołudniu. Dwie sztuki o pokrewnym temacie: kobieta w mocy namiętności, którą społeczeństwo uważa za zbrodnię, za którą ona sama się rumieni, z którą walczy i której ulega. Na „Fedrę" – klasyczną Fedrę – prowadzi się gremjalnie szkoły, galerja pełna była młodych dziewcząt; „Prisonnière” jest sztuką zaledwie dla dorosłych, sztuką której teatry nasze same nie odważyły się wystawić. A jednak która z dwóch jest zuchwalsza? Ta Fedra w grubej żałobie po mężu, gwałcąca niemal swego młodziutkiego pasierba, ta dojrzała „matka dzieciom” wijąca się w mękach żądzy, o ileż okazała się brutalniejsza od tamtej jakże dyskretnej i półsłówkami zawoalowanej lesbijki. „Mówi się o Rasynie jako o chłodnym klasyku – pisałem po przedstawieniu. – Ładnie mi chłodny! Widziałem wczoraj w teatrze kobiety zalane łzami; szedł ze sceny płomień chuci i bezwstydu. – Więc to jest „Fedra”! – mówili sobie ci, którzy ją znali ze słychu lub z mozolnych lekcyj w szkole. – Tak, to jest „Fedra”, po której Racine, jakgdyby przerażony tem co uczynił, rzucił pióro, wyrzekł się teatru i chciał wstąpić do kartuzów”.
Wyrzekł się teatru, mając lat trzydzieści dziewięć, w pełni twórczości, na szczycie sławy. I dotrzymał postanowienia. Jeżeli po latach napisał dwie pobożne tragedje, – „Esterę” i „Atalję”, – nie dla teatru były przeznaczone, ale dla wychowanic pensjonatu w Saint-Cyr.
Rezygnacja ta była przedmiotem wielu komentarzy. Szukano jej przesłanek w karjerze pisarskiej Racine'a. Karjera ta była równie świetna jak burzliwa. Wojna z Moljerem, któremu odebrał swoją sztukę i porwał najładniejszą aktorkę; wieczna rywalizacja z Corneillem, która podzieliła dwór i miasto na dwa stronnictwa... Ten elegancki, wyzywający, zadzierzysty ulubieniec dworu, szedł przez życie pijany tryumfem i rozkoszą. Du Parc rychło znalazła następczynię, tak w rolach jak w sercu poety: większą o wiele od niej aktorkę Champmesle. Ale każda sztuka Racine'a była niby bitwą; autor ten budził fanatyczne uwielbienia i nienawiści. Kiedy wiadome było że Racine pisze „Fedrę”, przeciwniczka jego, księżna de Bouillon, zamówiła u miernego poety inną „Fedrę”, aby, zakupiwszy wszystkie loże na sześć przedstawień w obu teatrach, opustoszyć „Fedrę” Racine'a a zapełnić „Fedrę” Pradona. I sztuka Racine'a zrazu niemal padła! I wychwalano, nawspak jego brutalności, delikatności uczuć Pradona, który Fedrę uczynił tylko narzeczoną Tezeusza. Ba, w trakcie tej wojny, pewien magnat zagroził poecie że go karze obić kijem!
Któż wie, na jaki moment zniechęcenia czy niesmaku przyszła nieszczęsna sprawa, wynikła z procesu La Voisin. Okropność. Upiory przeszłości. Owa La Voisin, której imię powtarza ze zgrozą cały Paryż, wszak to dawna przyjaciółka, powiernica jego kochanki! Ta zagadkowa śmierć, tak dobrze pogrzebana, wstaje z grobu aby świadczyć. Ten rozkaz uwięzienia... Poeta uczuł, jak wąska krawędź dzieli człowieka żyjącego „w świecie” od przepaści. Czy to się stało wstrząsem, który wpłynął na decyzję Racine'a? Tak przypuszczają. I nietylko może to, co w tej sprawie było mu osobiste. Ale cały ten proces, te wszystkie ohydy które ujawnił, czyż nie były projekcją rzeczywistości na teatr Racine'a? Czyż nie mogła mu się cała jego działalność objawić nagle jako dzieło Złego?
Za dzieło Szatana zawsze uważali teatr ci, którym Racine zawdzięczał swoje wychowanie, samotnicy z Port-Royal. W dobie pierwszych sukcesów, poeta starł się z nimi nawet z całą młodzieńczą zjadliwą bezwzględnością, co potem uważał za „najgorszy uczynek swego życia”. Teraz, aby szukać spokoju duszy, skierował kroki do tych swoich dawnych wychowawców.
Gdyby Racine był wstąpił do kartuzów, jak to zamierzał, miałby swoją poetyczną legendę. Ale spowiednik doradził mu skromniejszą pokutę; idąc za jego radą, zaślubił kobietę która nie czytała żadnego jego utworu; stał się cnotliwym ojcem rodziny, dewotem, dworakiem, przeciwieństwem wszelkiej romantyczności. Zwracałem też raz uwagę, jaki wpływ na obraz artysty ma – ikonografja. Zwykle najwięcej malują – czy fotografują – człowieka na schyłku karjery, w dobie jubileuszów, – i ta jego fizys przechodzi do potomności. I Racine'a ogląda się przeważnie z nalaną twarzą, z wydatnym nosem, wyłupiastemi oczami, w wielkiej peruce. Bez krzty poezji. Dlatego chciałem tu dać innego Racine'a. Ten młody człowiek, który ciężkiemi powiekami nawpół przysłania żar swoich oczu, te usta wzgardliwe i miłosne, – powiedzcie, która z was nie chciałaby go za kochanka?
A panna du Parc? Oto jeden jedyny mizerny sztych, jaki się z niej zachował. Trudnoby się z niego domyślić owej tryumfalnej piękności, jednej z najurodziwszych kobiet swego czasu. Miał rację stary Corneille, kiedy pisał do niej w słynnych stancach „do Markizy”, że „chez cette race nouvelle – ou j'aurai quelque crédit – vous ne passerez pour belle – qu'autant que je l'aurai dit²)”, chcąc tym niewinnym szantażykiem zdobyć jej przelotne bodaj względy. Ale napróżno: panna du Parc oparła się staremu poecie, znalazła innych żyrantów wobec potomności: przeszedłszy przez ręce Moljera, spoczęła w objęciach Racine'a, zaprószywszy po drodze głowę Tomaszowi Corneille, bratu wielkiego Piotra, oraz panom La Fontaine i Boileau. Całe kompedjum literatury w tej kobiecie!
A kim była? Córka włoskiego szarlatana i linoskoczka Gorle, żona aktora, du Parc przyształa w r. 1653 do wędrownej trupy Moljera w Ljonie: z nim przybyła do Paryża. Wspaniale zbudowana, oczarowała Paryżan tańcem w sukni rozciętej po obu stronach. W r. 1667 grała – wciąż w teatrze Moljera – w „Aleksandrze” Racine'a. W następnym roku Racine napisał dla niej swoje pierwsze arcydzieło – „Andromakę” – i zabrał ją (bez wypowiedzenia) Moljerowi do konkurencyjnego teatru. Stąd wielkie kwasy. Talentu miała podobno niewiele; poeta przerabiał z nią rolę jak z uczennicą. Pożycie ich trwało półtora roku, była o sześć lat starsza od niego, w poprzednich związkach miała czworo czy pięcioro dzieci, ale piękność jej zniosła wszystko. Opłakiwał ją cały Paryż, na grobie jej wypisano: „Tu leży nowa Helena”.
Tyle wiadomo o Rasynie mordercy... Plotka, nic więcej, plotka zapewne daleka od prawdy. Ale jeszcze dalsze od prawdy jest mówić o „chłodnym Rasynie”. Zarówno o człowieku, jak o jego teatrze. To był wulkan; a że dla nas zakrzepł, to wina – wpływów atmosferycznych.

¹) Etudes de Psycholigie Sociale. Léon Rabinowicz, docteur en droit, privat-docent de l'Univeriste de Gèneve. Le crime passionnel. Préface de M. Leon Cornil, procureur général a la Cour d'Appel de Bruxelles, professeur de droit pénal. Paryż, Marcel Rivière, 131, str. 2nl. i IX 1nl. i 5 – 247 i 5nl.
²) „W oczach tych przyszłych pokoleń, u których będę miał niejakie uważanie, będziesz uchodziła za piękną tylko o tyle, o ile ja im to powiem”.

 

 

 

BOY-ŻELEŃSKI

KU CZEMU POLSKA IDZIE...

Ewolucja, którą przechodzimy, zasługuje na to aby ją śledzić z całą bacznością. „Okupacja” kraju, o której niedawno mówiłem¹), postępuje. Dzieje się to zwłaszcza dzięki osobliwej konfiguracji frontów politycznych. Jeżeli Sienkiewicz w „Potopie” porównywał Rzeczpospolitą do postawu czerwonego sukna, które sobie wydzierają królewięta, to dziś możnaby powiedzieć, że wszystkie bez wyjątku partje wydzierają sobie czarną połę sutanny.
W następstwie tej polityki, nic dziwnego że „stan posiadania” rośnie. I literatura coś wie o tem. Departament nauki i sztuki znajduje się w ręku osoby duchownej. Łysiny macherów z Instytutu Literackiego wcale dobrze imitują tonsurę. Katolicka Agencja Prasowa rzuca pioruny na teatr za wystawienie sztuki, w której Filip II, patron św. Inkwizycji, potraktowany jest niedość czule. Uprzedzając zgoła życzenia nieoficjalnej prewencyjnej cenzury duchownej, jej „ramię świeckie” nie dopuszcza do sceny bardzo moralnego utworu scenicznego młodej autorki.
Słowem, obręcz się zacieśnia. Gdyby nasza okupacja ziściła swoje ideały, wszystko – absolutnie wszystko – byłoby poddane władzy kleru. Wobec tego, nic dziwnego, że musi nas interesować, co reprezentuje ta kandydatura na Króla-Ducha Polski, jakie są skarby kulturalne które nam przynosi.
Mam w ręku dokument, który pozwala nam przyjrzeć się bliżej temu obliczu. Ukazała się mianowicie książka p. t. „Co czytać?”, napisana przez o. Marjana Pirożyńskiego, redemptorystę, wydana za pozwoleniem władzy duchownej przez Księży Jezuitów w Krakowie²). Jest to – jak mówi podtytuł – poradnik dla czytających książki. Opaska zaś na książce nosi ten obiecujący napis: „Pierwsza i jedyna w języku polskim zdrowa ocena belletrystyki polskiej i obcej. – 1000 autorów. – 3500 dzieł”.
Pierwsza i jedyna! To wiele powiedziane. Przejrzyjmyż tę zdrową ocenę.
Wybór autorów, sporządzony wedle spisu alfabetycznego, jest dość przypadkowy. Napróżno siliłby się kto zgadnąć, czemu jeden autor jest, a czemu innego niema. Przypomina to katalog wypożyczalni książek w miejscu kąpielowem; z tem, że obok nazwiska autora mamy tu zwięzłą ocenę. Przytoczę parę tych ocen. Zaczynam od pisarzy obcych. Oceny przytaczam w całości; tam gdzie skracam, zaznaczam to zapomocą kropek.

Goethe Jan Wolfgang. Poeta niemiecki. Za młodu prowadził życie hulaszcze i rozpustne. Na kanwie tych przeżyć napisał w r. 1774 „Cierpienia młodego Wertera”, on się w niej zakochał, ona wychodzi za mąż, on się nadal w niej kocha i kończy życie samobójstwem. Romans ten był w stylu epoki – rozczulanie się, płakanie, analizowanie siebie – opanował więc współczesne umysły i narobił wiele złego.

Tyle trzeba wiedzieć o Goethem...

Mérimée Prosper. Autor francuski który za temat swych utworów obrał morderstwa i wogóle różne łotrostwa. Bohaterami jego są pijacy, bandyci i rozpustnicy. Niekiedy posuwa się aż do bluźnierstw...
Montesquieu Charles. Filozof i literat francuski, znany z rozprawy godzącej w moralność społeczną: „Duch praw” (na Indeksie 29.XI 1751)...
Murger Henryk. Pisarz francuski; jego materjalistyczne romanse malują w ordynarny sposób nędzę warstw ubogich, wszystkie są na Indeksie 20.VI 1864: „Cyganerja”.
Musset Alfred. Poeta francuski: pod względem stylistycznym należy do najlepszych, pod względem moralnym do najgorszych. Żył rozpustnie i swe marne życie opisywał...
Stendhal, pseudonim Henryka Beyle. Zajmował się żołnierką, administracją majątków, dyplomacją, wreszcie pisaniem niezdrowych i bezbożnych romansów...
Dickens Karol... posiada tę niepedagogiczną stronę, że sceny wyznań miłosnych opisuje zbyt drobiazgowo...
Balzac Honoré... romanse Balzaca odznaczają się wielkim brakiem – niema w nich głębszej myśli...
Poe Edgar Allan. Pisarz amerykański. Pod względem moralnym naogół bez zarzutu, jednak w powieściach jego często występują nienormalne postacie, nawet upiory, i zachodzą nieprawdopodobne sytuacje, które je dyskwalifikują do użytku młodzieży.

Najwięcej miejsca poświęcił autor literaturze francuskiej, aby ją „zdyskawlifikować” niemal w całości. Ale i innych nie oszczędził. Przejdźmy do nazwisk współczesnych:

Giraudoux Jan. Pisarz francuski o dziwacznym stylu i niezwykłych pomysłach. „Bella”, chaotyczne opowiadania o szczegółach z współczesnego życia politycznego; większość bez żadnej wartości, sporo przytem pierwiastka zmysłowego.
Pirandello Luigi. Jeden z pogańskich pisarzy współczenej Hiszpanji (!), sławiących zepsucie obyczajów: „Cień Macieja Pascala”, „Pierwsza noc”.
Rosny J. H., pseudonim dwóch braci Anglików (!) piszących wspólnie: Justyna i Józefa...

Zadziwiające jest, że w tym poradniku p. t. „Co czytać?” nie znajdzie się prawie nic godnego polecenia. Ksiądz Pirożyński wylicza przeważnie podejrzane ramoty wszystkich epok, poto, aby je potępić. Skąd on je wyszukuje! Np.:

Uchard Mario. Prowadził życie awanturnicze i pisał złe powieści. „Panna Blaisot” należy do lepszych, mimo to jest zła.
Backer Józefina, tancerka współczesna prowadząca mało budujące życie: „Pamiętniki” (spisał M. Sauvage).

Ale czyż wreszcie nic się nie znajdzie godnego uznania? Szukajmy.

About Edmund. Powieściopisarz francuski o stylu błyskotliwym, interesującym, ale bezreligijny... Wolną od niestosowności jest powiastka „Nos notarjusza”.

Nareszcie! Wiemy nareszcie co czytać: „Nos notarjusza” Edmunda About. Ale skąd go wziąć?
Może co jeszcze? Jest:

Acrement Germaine (właściwe nazwisko: Mlle Poulain). Dobra obserwatorka życia i dobrze się na życie zapatrująca. „Wesoła swatka”, dla dorosłych, myśl przewodnia: raczej trafić na nieodpowiedniego dla siebie męża, niż zostać starą panną...
Buet Karol. Pisarz francuski bardzo na miejscu. „Z życia wiejskiego proboszcza”.
Castle Agnes: „Panterzątko”, matka i córka kochają jednego i tego samego człowieka, wreszcie matka ustępuje – takie sobie.

(„Takie sobie”, to ulubione określenie księdza Pirożyńskiego). Szukajmy dalej:

Vivanti Anie. „Marion”, dzieje nieszczęśliwej śpiewaczki; jest bez charakteru, więc schodzi na bezdroża, takie sobie; „Naja Tripudians”, rozpustne towarzystwo stara się wyzyskać niewinność i nieświadomość dwóch sióstr – przyzwoita i pouczająca powieść.
Tissot Wiktor. Pisarz francuski, autor powieści przyrodniczych, nader przyzwoitych...

Interesujące są nawiasy, wskazujące którzy autorowie są na papieskim indeksie książek zakazanych: np. cały Dumas, cały Maeterlinck...
Ale przejdźmy do części, która jeszcze bliżej nas interesuje, do autorów polskich.
Ta sama przypadkowość epok, nazwisk. Ani słowa o naszych wielkich poetach romantycznych; widocznie temat zbyt drażliwy; zato pochwalony bez zastrzeżeń Henryk Rzewuski, „przywiązany do wiary i ojczyzny”, i Kaczkowski, który „poruszał doniosłe zagadnienia i rozwiązywał je w myśl wskazań etyki i patrjotyzmu”. Ale zbierzmy znów garść tych zdrowych ocen, na wyrywki:

Berent Wacław. Mimo wielu sympatycznych stron w twórczości Berenta, należy go uznać za pisarza niezdrowego, jużto wskutek często się trafiających scen nieodpowiednich, jużto wskutek niechęci do nauki Kościoła, czemu dał niezbity dowód, tłumacząc na język polski kilka tomów dzieł Nietzschego...
Żeromski Stefan. Utalentowany pisarz, mistrz słowa polskiego, entuzjasta pragnący odegrać rolę nauczyciela narodu – rolę, do której nie dorósł... „Dzieje grzechu”... ohyda. „Wierna rzeka”, powieść z roku 1863, w której ranny powstaniec bałamuci dziewczynę – to jest wszystka treść... „Przedwiośnie”, ohydny paszkwil na Polskę i na inteligencję wiejską, stronnicze i niezgodne z rzeczywistością apoteozowanie warstwy robotniczej i Żydów. Pozatem wybujały erotyzm i wywrotowa ideologja...
Tuwim Juljan. Reklamowany wielce poeta, który miał rzekomo odrodzić poezję. Jego osławione „Czyhanie na Boga” robi przykre wrażenie – autor spoufala się z Panem Bogiem, także i rasowego tupetu nie brak...

Zofja Nałkowska potraktowana wcale pobłażliwie:

...umie podpatrzeć życie i obserwacje swoje z talentem przelać na papier, ale zbyt dużo miejsca poświęca ciemnym charakterom, zamykając oczy na jasne strony życia...

Ale, niestety, taż sama Zofja Nałkowska figuruje drugi raz w tym poradniku, jako Zofja Małkowska, i tu już wygarnięto jej bez ceremonji:

Małkowska Zofja: „Romans Teresy Hennert”, bezwartościowa powieść, przetykana niestosownemi obrazkami.

Dalej:

Lange Antoni... wielbiciel „pięknego słowa”, sztuki dla sztuki; wszędzie i zawsze czegoś szuka, Chrystus mu nie wystarcza. „Róża polna”, niesmaczne nowele o naiwnej pannie, o pieniądzach i t. p.

To: i t. p. – „i tym podobne” – jest wzruszające! Co może być „podobne” do naiwnej panny i do pieniędzy?

Winawer Bruno. Pisarz satyryczny i zarazem popularyzator fizyki oraz zdobyczy technicznych. Pod względem moralnym – obojętny, najwyżej można mieć żal do niego, że gloryfikując rozum ludzki, nie wskazuje na jego Stwórcę.
Glinka Ksawery. „Spotkanie”, ordynarna powieść przesiąknięta cyniczną rozpustą – bohater uwodzi i uwodzi bez końca.
Iwaszkiewicz Jarosław... pod silnym i niezdrowym wpływem literatury rosyjskiej. W utworach jego brak głębszej myśli, brak nawet polskości...
Parandowski Jan. Opowiadania rzekomo [tekst nieczytelny w skutek zagnieceń gazety – M.Ś.]; autor namawia czytelników, by „bezwstydowi postawili kapliczkę”...
Brzęczkowski Jerzy: „Ludzie legendy”, pornografja z nad morza Czarnego...
Choynowski Piotr... „O pięciu pannach Sulerzyckich”, takie sobie nowele, ni złe ni dobre...
Zdziechowski Kazimierz. „Zbrodnia”, młody człowiek morduje, potem żałuje, całość niezdrowa.

Czyż znowu nikt nie znajdzie łaski w oczach ojca Pirożyńskiego? Owszem, jest paru tak szczęśliwych. Przedewszystkiem p. Artur Górski, któremu poświęcony jest cały dytyramb; następnie p. Stanisław Szpotański, którego – z wyjątkiem jednej – wszystkie powieści można zalecić; no i zebrałaby się niewielka garstka tych, którzy przeszli przez ucho igielne:

Gomulicki Wiktor... pisał pięknie i dobrze...
Gawalewicz Marjan... o szlachetnej tendencji i wysokim poziomie moralnym...
Guranowski Mieczysław „Sirał”, przyzwoita powieść wschodnia; „Droga do raju”, sfery urzędnicze, sporo zdrowych myśli.
Olgierd Stella: „Hanka”, bohaterka chce się tylko bawić, autorka piętnuje to samolubne pragnienie.
Niezabitowski Władysław... „Huragan od Wschodu”, powieść fantastyczna: rasa żółta walczy z białą; przyzwoita; „Skarb Aarona”, nieszkodliwe fantazje egzotyczne.
Rabska Zuzanna. Powieściopisarka i nowelistka w dobrym stylu.
Jarosławski Mieczysław... „Członkowie E. B. V.”, akcja niemiecka w Polsce i wojna z Niemcami – taka sobie...
Żurowska Marja: „Serce nie sługa”, miłość artysty do mężatki, wprawdzie mężatka poszła za daleko, ale się opamiętała.
Markiewicz Dunin K.: „Przemoc krwi” i „Dramat kukułki”, powieść detektywistyczno-patrjotyczna, obie dobre.
Schifman Arnold: „Pankracy August I”, powieść na tle dążeń socjalistycznych; wartościowa.
Stablewska Irena: „Miljonówka”, powieść współczesna bez zarzutu.
Sujkowski Bolesław. „Może już jutro...”, nieszkodliwa powieść patrjotyczna, kreśli dzieje przyszłej wojny, która się kończy pomyślnie dla Polski.
Tatarówna Stefanja... „Porachunek z szatanem”, takie sobie nowele.
Tobiczyk Saysse Kazimierz. „W śniegach”, wrażenia z wycieczek górskich, – niezłe; „Hindu”, autor entuzjastycznie przedstawia buddyzm i tem psuje całą opowieść.
Zahorska Anna... W swoich krytykach literackich zajmuje stanowisko wyraźnie katolickie... „Odrutowana okolica”, opowieść o bandycie, który przemocą zdobywa dziewczynę; niestosowna.
Badowska Idalja: „One i oni”, kobiety i mężczyźni, tendencja powieści, że kobiety nie powinny zabierać czasu mężczyznom, licho jest przeprowadzona.
Zegadłowicz Emil... Ze stanowiska moralnego bez zarzutu. Razi w nim nadmierne zajmowanie czytelnika sobą...

Miałoby się ochotę przepisać wszystko, taki jest swoisty wdzięk w tych określeniach. Ale przejdźmy do konkluzji.
Nie mielibyśmy nic oczywiście przeciw temu gdyby ksiądz Pirożyński zestawił spis książek, które z jego kapłańskiego punktu widzenia zasługują na zalecenie lub bodaj są dozwolone. Ale właśnie jeżeli staniemy na tem stanowisku, uderzają tu pewne rzeczy. Przedewszystkiem poziom umysłowy, ujawniający się zarówno w sądach, jak w ich sformułowaniu, straszliwa ignorancja, czyniąca z tego poradnika lamus rzeczy zupelnie przypadkowych. Ksiądz Pirożyński nie zna nawet „swoich ludzi”; nie zna naszych katolickich pisarzy. Ani jeden z tych, którzy na zjazdach obcałowują ręce prałatom, nie jest wymieniony. Cóż za niewdzięczność! Ani najpokorniejszy służka kościoła p. Stanisław Miłaszewski, ani p. Adolf Nowaczyński, ani p. Zygmunt Wasilewski! Niema w tym poradniku ani śladu nazwiska K. H. Rostworowskiego...
I wogóle, gdy chodzi o polecenie, co czytać, ksiądz Pirożyński jest w kłopocie. Okazuje się, że ten kapłan zna przeważnie książki – niestosowne. Zdumiewa mnie zaś wręcz oczytanie księdza Pirożyńskiego w „pornografji” (daję cudzysłów, bo u księdza Pirożyńskiego pojęcie pornografji jest bardzo obszerne), wszystkich epok i krajów. Przyznam się, że nie znam ani jednej książki Pitigrillego; ksiądz Pirożyński zna bez mała wszystkie. I wylicza je – w tej książce p. t. „Co czytać?” – jak z nut:

Pitigrilli współczesny pornograf, wyuzdanie jego nie zna żadnych granic: „Pas cnoty”, „Kokaina”, „Obraza moralności”, „Osiemnaście karatów dziewictwa”.

Ten ojciec redemptorysta zna wszystkie sprośności, bodaj najbardziej zapomniane i przedawnione:

Kock Paweł. Francuz. Mając lat 19, ogłosił „Dziecię mojej żony” i odtąd pisał bez przerwy niemoralne i ordynarne romanse. W tłumaczeniu polskiem jest ich przeszło czterdzieści.

Cóż za erudycja! Czasami ten katalog przypomina owe notatki w brukowych dziennikach, które, gromiąc odkryty przez policję dom schadzek, podają jego szczegółowy adres. Gdy, np., napiętnowawszy ohydę Lavedana, ojciec Pirożyński dodaje: „Na szczęście przetłumaczono tylko „Łóżko”.
Znam dosyć dobrze literaturę francuską, ale nie miałem pojęcia, że istniał jakiś Felicjan Champsaur. Ksiądz Pirożyński wie nawet to, że się urodził w r. 1859, i dodaje: „Jeden z najniemoralniejszych pisarzy francuskich; „Siewca miłości”.
Natomiast napróżno szukałby tu ktoś nazwiska Chateaubrianda, Claudela, Hello, Massisa i tylu innych katolickich francuskich pisarzy.
I ta obfitość „pornograficznej” lektury – choćby traktowanej negatywnie – w poradniku „Co czytać?” nie jest przypadkowa. U tych ofiar celibatu sprawa płci przesłania wszystko, staje się istną obsesją, wyradza się w ten niezdrowy erotyzm, który niejedną uczciwą kobietę na zawsze oddalił od konfesjonału. Demon płci, zdławiony gwałtem, nigdy niesyty, który plugawi wszystko na co spojrzy! To przebija w dziełku księdza Pirożyńskiego z całą naiwnością. Nawet lektura Dickensa działa na tego kapłana podniecająco!
Wrażenie, jakie nam zostaje ze spojrzenia zapuszczonego w tę duszę, – a możemy ją uważać poniekąd za „reprezentatywną”, – jest dość szczególne. Litość i zgroza. Litość dla człowieka, który ma takie widzenie świata, takie horyzonty, dla tej naiwnej płaskości i ciemnoty; ale zarazem zgroza, kiedy się pomyśli, że to jest przekrój kasty, która z całą bezwzględnością i z takiem zuchwalstwem wyciąga ręce po wszystkie władze w dzisiejszej Polsce, która zwłaszcza chce wyłącznie kierować duszą młodzieży.
Poradnik księdza Pirożyńskiego, to ciekawy ale niewesoły komentarz do psychiki naszego kleru.
Tak, byłaby ta książka zabawną osobliwością, ale nie dziś i nie u nas.
Niepodobna jej uważać za indywidualny wybryk. Tam nic nie dzieje się przypadkiem. Wszak książka ta przeszła cenzurę duchowną; czytać ją musiał szereg osób, wydali ją Księża Jezuici. Są logiczni: toż to nie co innego, tylko nawrót do ich najlepszych tradycyj w Polsce, do czasów saskich. I jeżeli rzeczy pójdą tym trybem jak obecnie, widzę w tym poradniku – w tej „pierwszej i jedynej zdrowej ocenie” – odpowiednio zmienionej i uzupełnionej – przyszły nasz podręcznik szkolny. Wystarczy, aby p. minister oświecenia wyjechał na urlop, a przemyci taki podręcznik ksiądz wiceminister, stwarzając fakt dokonany. Nie ksiądz Żongołłowicz, – na to mam za dobre pojęcie o jego poczuciu humoru, – ale który z jego następców. Bo sądzę, że urząd wiceministra oświecenia już pozostanie przy sutannie na stałe. Nasz kler niełatwo wypuszcza z rąk raz uzyskany stan posiadania: Jeden z naszych pisarzy – najmilszy sercu i duchowi ojca Pirożyńskiego – napisał książkę p. t. „Ku czemu Polska szła”. Ja daję tym rozważaniom tytuł: „Ku czemu Polska idzie”... Idzie szybkim krokiem.

¹) nr. 415 „Wiadomości Literackich”.
²) O. Marjan Pirożyński, redemptorysta. Co czytać? Poradnik dla czytających książki. Beletrystyka. Kraków, Wydawnictwo Księży Jezuitów, 1932; str. 246 i 2nl.

 

 

BOY-ŻELEŃSKI

Pieśń o Rolandzie

Zdarzenie, które miało się stać natchnieniem poetów przez tyle wieków i w tylu krajach, spełniło się w dn. 15 sierpnia 778 r. Karol Wielki wracał z Hiszpanji, gdzie odniósł połowiczne zwycięstwo. Korzystając z niezgody władców, chciał oswobodzić kraj od Saracenów; ale nie udało mu się przekroczyć rzeki Ebro, znalazł odpór pod murami Saragossy. Odłożywszy tedy zamiar do szczęśliwej pory, wracał do stolicy swej w Akwizgranie, który ówcześni kronikarze mieszczą we Francji.
Tylną straż pochodu sprawował Roland, naczelnik marchji bretońskiej, na czele najdzielniejszego rycerstwa. Armja, opuszczając Hiszpanję, ciągnęła przez Pireneje. W chwili gdy główne korpusy już wyszły z gór, a tylna straż znajdowała się w ciasnym przesmyku, naraz wypadło z gór mnóstwo uzbrojonych ludzi. Byli to gaskońscy czy baskijscy górale, zwabieni nadzieją łupu. Wparli Rolanda i jego ludzi w dolinę i wymordowali wszystkich; poczem rozproszyli się, tak że Karol, wróciwszy, nie miał na kim pomścić klęski.
Zdarzenie to opowiada kronikarz Eginhard w swoim „Żywocie Karola Wielkiego”; znajduje się ono w innych współczesnych kronikach. Eginhard raczej stara się rzecz pomniejszyć; ale trzeba przypuszczać, że klęska musiała być znaczna, skoro dała materjał tylu pieśniom i podaniom. Jakbądź się rzeczy miały, wszystkie legendy wyszły z tych ośmiu słów kroniki Eginharda: „In quo praelio Hruolandus, Britannici limitis praefectus, interificitur".
Aby upiększyć swój przedmiot, legenda połączyła różne fakty, jak najazd Saracenów w r. 793 i dwa bunty Gaskończyków w latach 812 i 824. Wprowadzenie w grę Saracenów dało zdarzeniu charakter walki o wiarę; przeciwstawiło sobie dwa światy, pogański i chrześcijański, czyniąc z Rolanda obrońcę krzyża. Aby dać wypadkom dramatyczniejszy przebieg, legenda stworzyła postać zdrajcy Ganelona, postarała się o karę na winnych. Zarazem, stopniowo, poemat nasiąka pojęciami i obyczajami feudalnemi, które tymczasem rozpowszechniły się we Francji.
Zrazu – współcześnie niemal z wydarzeniem – wyraziła się legenda. Rolandowa w pieśniach, które się zresztą nie zachowały. Uczeni spierają się o to, czy te piesni miały charakter epiczny czy też charakter lirycznej kantyleny. Dwa te rodzaje były od siebie zupełnie różne: pieśni, krótkie i łatwe, śpiewał cały lud; poematy epiczne recytowali zawodowi rybałci. Śpiewacy tacy wędrowali z miejsca na miejsce; uciesznemi skokami oraz grą na instrumencie zwabiali ludność na plac, gdzie się produkowali. Czasami możny pan zapraszał takiego rybałta do zamku, gdzie ów recytował swój poemat, przegrywając sobie grubym smykiem na skrzypkach. Był to więc rodzaj melodeklamacji. Wobec tego, że sztuka czytania była nawet wśród rycerstwa mało rozpowszechniona, zjawienie się rybałta-truwera było pożądaną rozrywką.
Prawdopodobnie najpierw istniały pieśni ludowe o Rolandzie, później zaś dopiero poematy epiczne. Dawniej przypuszczali uczeni, że epos jest połączeniem pieśni; dzisiejsze zapatrywania nauki są odmienne: poeta mógł czerpać z pieśni natchnienie, ale napisać musiał swój poemat sam.
Pierwsze poematy epiczne o Rolandzie mogły urodzić się pod koniec w. X albo z początkiem w. XI; ale te się nie zachowały. Najstarszy, jaki jest znany, powstał zapewne w okresie czasu po podboju Anglji przez Normanów (1066), a przed pierwszą wojną krzyżową (1096). Jest to t. zw. rękopis oxfordzki, ponieważ znajduje się w Oxfordzie w Anglji.
Rękopis ten jest kopją, sporządzoną w jakieś sto lat po powstaniu poematu, a zarazem w sto lat po podboju Anglji, około r. 1170. Rzecz spisana jest w czystym języku francuskim, ale takim, jakim mówiono podówczas w Anglji. Poemat liczy w tej wersji około 4.000 wierszy; podpisany jest: Turoldus. Czy to jest imię autora czy kopisty – niewiadomo. Kim był poeta – Paryżaninem, Frankiem czy Normanem, – w jakim języku, w jakim dialekcie spisał swój poemat – też niewiadomo, bo rękopis oxfordzki może być już przekładem z innego dialektu. Za normandzkiem pochodzeniem autora świadczyłaby rola, jaką gra w poemacie miejscowość Mont-Saint-Michel oraz fakt zstąpienia św. Michała w momencie gdy Roland umiera.
Rękopis ten wydał pierwszy raz Francisque Michel w r. 1837 i trafił na dobry moment: na dobę romantyzmu i jego entuzjazmu dla średniowiecza. „Pieśń o Rolandzie” obudziła entuzjazm. Od tego czasu wydano „Pieśni o Rolandzie” wiele razy, kombinując jednak przeważnie rękopis oxfordzki z innemi późniejszemi wersjami, konfrontując go zwłaszcza z drugim zkolei najstarszym rękopisem, t. zw. weneckim.
Rękopis wenecki, to również kopja, znaleziona w Wenecji, sporządzona gdzieś w latach 1230 — 40, najwyraźniej przez Włocha, niezbyt poprawnie władającego francuszczyzną. Wersja tego rękopisu jest w części identyczna z rękopisem oxfordzkim, w części już upstrzona późniejszemi dodatkami. Z biegiem lat bowiem, każdy prawie truwer przekształacał, modernizował poemat, tak co do formy jak co do treści. W miarę jak się rozwijała sztuka czytania, asonans ustępował staranniejszemu rymowi; mnożyły się epizody, charaktery przeobrażały się; pewna dworność i miękkość zjawiła się w miejsce pierwotnej surowości. Takich późniejszych wersyj istnieje kilka.
Niebawem poemat o Rolandzie rozpoczął swoją wędrówkę po Europie. W połowie XII w. ksiądz Conrad przełożył go na niemieckie. W XIII w. powstaje poemat o Rolandzie w Anglji; w XIII i XIV w. przeróbki w Holandji, Skandynawji, Islandji. Przeszczepiony w XV w. do Danji, zyskuje ograomne powodzenie; Roland staje się popularną postacią ludową. Zarazem, jako obrońca krzyża, staje się wszędzie rodzajem świętego, popularyzowanym przez kler na odpustach. We Włoszech posągi Rolanda i Oliwiera zdobią portal katedry w Weronie; powstają tam powieści o Rolandzie prozą, wierszem; aż wreszcie Ariosto, w r. 1516, uczyni go bohaterem swego „Orlando furioso”. Ale ten poemat daleko odbiegł od pierwotnej surowej legendy; ubarwiony miłością, zazdrością, mnóstwem romantycznych przygód, przesłonił dawnego średniowiecznego Rolanda. Do Polski Roland Ariostowy dostał się dzięki przekładowi Piotra Kochanowskiego.
Łatwo pojąć, że dokoła „Pieśni o Rolandzie” powstała ogromna literatura naukowa. Spiętrzono całe góry erudycji, spierając się o każdą literę. Istnieje szerg wydań. Wydania te były przeważnie eklektyczne: uwzględniały wszystkie wersje, stapiając je w jedno. Natomiast Joseph Bédier – dobrze znany polskim czytelnikom rekonstruktor poematu o Tristanie i Izoldzie – postąpił sobie z „Pieśnią o Rolandzie” odmiennie. Wychodząc z założenia, że naloty późniejszych wersyj były przeważnie zepsuciem pierwotnego poematu, wziął poprostu dawny rękopis oxfordzki w jego czystości i wydał go – obok starego tekstu – w nowej francuszczyźnie. To wydanie wziąłem za podstawę polskiego przekładu, dając, jak Bédier, przekład prozą.
W dobie nowego zachwytu „Pieśnią o Rolandzie”, entuzjaści francuscy porównywali ją z „Iljadą”... Sądzę, że takie zestawienia raczej szkodzą niż pomagają. „Pieśń o Rolandzie” ma swoje inne piękno, niby owe grubo ciosane figury kamienne w portalach średniowiecznych kościołów. Prymitywność psychologiczna tem silniejszy daje akcent słowom i czynom działających osób. Motywy raczej ubogie, powtarzające się – np. opisy walk – niemal wedle jednej formuły; ale raz po raz autor, zapomocą epicznych powtórzeń, w których czuć już kunszt poety, umie wydobyć wyborne efekty. Surowy ideał moralny nie pozbawia bohaterów ich ludzkości. Szczególnie uderza w tem twardem życiu miękkość i tkliwość rycerzy wobec towarzyszów broni, przywodząca na myśl jakiegoś Sherriffa czy Remarque'a.
Bo też dziś, tuż po wielkiej wojnie, w epoce instynktownego czy świadomego pacyfizmu, dziwne robi wrażenie ta lektura. Staje się niemal aktualna. Mam w ręku francuskie krytyczne wydanie „Pieśni o Rolandzie”, opracowane – jak widać z pewnych rysów – tuż po wojnie francusko-pruskiej r. 1870. Wstęp uczonego wydawcy kończy się słowami:
„Czemże jest ostatecznie „Pieśń o Rolandzie” jeżeli nie powieścią o wielkiej klęsce Francji, którą Francja chlubnie pomściła?
Klęska! Właśnieśmy ją przebyli. Ale potrafimy ją kiedyś naprawić jakiemś pięknem i wielkiem zwycięstwem. Niepodobna zaiste, aby miała zginąć owa Francja z „Pieśni o Rolandzie”, owa Francja mimo wszystko tak chrześcijańska”.
Tak pisze uczony filolof i członek Instytutu po r. 1870. W istocie, w myśl jego życzeń, Francja pomściła ową klęskę pięknem i wielkiem zwycięstwem. I teraz zkolei może Niemcy zagrzewają się do zemsty legendą o Karolu Wielkim, który wszak był i germańskim herosem, a Akwizgran tak dalece przestał być francuskiem miastem, że nawet nawet najśmielszy członek Instytutu paryskiego nie rości dziś sobie do niego pretensji. I mimowoli przychodzi nam refleksja, że cały szkopuł w tem, iż wszystkie narody Europy są bitne i dzielne i chrześcijańskie, i że gdy przyjdzie do moblizacji, wszystkie mają za sobą Boga...
Wzamian, czytając „Pieśń o Rolandzie”, dzisiejszy człowiek wrażliwy jest na różne drobne szczegóły, które, jeszcze kilkadziesiąt lat temu, uchodziły zapewne niepostrzeżenie. Np. taka strofa:
„Cesarz wraca na swoją kwaterę. Przybył do miasta Galne; hrabia Roland zdobył je i zniszczył: od tego dnia sto lat stało pustką”...
Biedne miasto Galne... Co ono zawiniło? Jak Einstein spojrzał na teorję ciążenia oczami spadającego newtonowskiego jabłka, tak dzisiejszy człowiek patrzy na czyny chrobrego Rolanda oczami... miasta Galne. Ten jeden „biuletyn” głębiej mu zapadnie w serce, niż wiele razy powtarzający się chlubny zwrot o rycerzu, który przeciął drugiego rycerza przez hełm, czaszkę, głowę, zęby, tułów, aż do siodła, „nie czyniąc mu pozatem nic złego”.
I rzecz znamienna! Mimo że tak świeżo cała Europa była terenem bohaterstw, wobec których bledną czyny Karolowe; bohaterstw, w których lada urzędnik czy uczony, oderwany od swego biurka, musiał się stać Rolandem, poezja pozostała chłodna na to wszystko: zbuntowała się. Aby zaś nie pozostać bez swego Rolanda, wzięła sobie – Amundsena. Może dlatego, że klientem „rybaltów” nie są dziś chrobrzy i krwawi rycerze, ale pracowici mieszkańcy miasta Galne...
A oto wyjątek z poematu.

Bitwa

Roland patrzy na góry, na pola. Tylu Francuzów widzi leżących bez życia, zapłakał nad nimi luty rycerz: „Panowie baronowie, niech Bóg wam uczyni zmiłowanie! Niech wpuści dusze was wszystkich do raju! Niech je położy między swoje święte kwiaty! Nigdy nie widziałem lepszych od was wasalów. Tak długoście bez wytchnienia pełnili przy mnie służbę, zdobyliście dla Karola tak wielkie kraje. Cesarz was żywił na swoje nieszczęście. Ziemio francuska, jesteś lubym krajem; w tym dniu najgorsza klęska okryła cię żałobą! Barony francuskie, widzę oto jak giniecie dla mnie i nie mogę was obronić ani ocalić; niech Bog was wspiera, on co nigdy nie skłamał. Oliwierze, bracie, nie mogę cię opuścić. Umrę z boleści, jeśli mnie co insze nie zabije. Towarzyszu, weźmy się do bicia dalej!”
Hrabia Roland wrócił do bitwy. Ma w dłoni Durendala: bije jak tęgi rycerz. Pociął na sztuki Faldryna z Puj i dwudziestu czterech innych, nieladajakich. Nigdy człowiek żaden tak gorąco nie pragnął się pomścić. Jak jeleń umyka przed psami, tak umykają przed Rolandem poganie. Arcybiskup powiada: „Oto mi robota! Tak powinien się spisywać rycerz który nosi dobrą broń i siedzi na dobrym koniu; inaczej nie wart ani szeląga; niech raczej zostanie mnichem w klasztorze i niech się codzień modli za nasze grzechy!” Roland odpowiada: „Bijcie, nie oszczędzajcie ich!” Na to Frankowie zaczynają na nowo. Ale chrześcijanie ucierpieli tam wielce.
Kiedy wiadomo, że nie będzie się brało jeńców, ludzie bronią się silniej w takiej bitwie. Dlatego Frankowie waleczni są jak lwy. Oto śpieszy przeciw nim, jak szczery baron, Marsyl. Siedzi na koniu, którego zwie Ganjonem. Spina go ostrogą i ma ugodzić Bewona: był to pan Dyżonu i Bon. Łamie jego tarczę, przecina pancerz i nie czyniąc mu innej krzywdy, wali go trupem. Potem zabija Iwona i Iwuara; z nimi Gerarda z Rusylonu. Hrabia Roland jest niedaleko; mówi do poganina: „Niech cię Bóg przeklnie! Tak niegodziwie wybiłeś mi towarzyszów. Zapłacisz mi, nim się rozstaniemy, i poznasz imię mego miecza”. Jak szczery baron zamierza na niego; przecina mu prawą pięść. Potem bierze głowę Jurfalowi Płowemu: był to syn króla Marsyla. Poganie krzyczą: „Pomagaj, Mahomecie! Wy, bogi nasze, pomścijcie nas za Karola! Na tę ziemię przysłał nam okrutników, że choćby mieli paść, nie ustapią”. Jeden rzecze do drugiego: „Zatem uciekajmy!” I sto tysięcy ich ucieka: wołaj ich kto zechce, nie wrócą!
Na co się zda ich klęska? Jeśli Marsyl uciekł, został wuj jego, Marganis, ktory dzierży Kartaginę i Etjopję, przeklętą ziemię: ma w swojem królestwie czarne plemię ludzi. Nosy mają wielkie, uszy szerokie, jest ich razem więcej niż pięćdziesiąt tysięcy. Wypuszczają konie śmiało, wściekle, wydają krzyk wojenny pogan. Zaczem Roland powiada: „Tutaj ścierpimy męczeństwo; wiem że już nie długo nam żyć. Ale hańba temu, który nie sprzeda się drogo! Bijcie, panowie, ostremi mieczami, walczcie o waszą śmierć i o wasze życie, iżby słodka Francja nie doznała przez nas hańby! Kiedy na to pole przybędzie Karol, mój pan, kiedy ujrzy jaką sprawiedliwość wymierzyliśmy Saracenom, a za każdego z naszych znajdzie ich piętnastu zabitych, pewnie nas pobłogosławi”.
Kiedy Roland widzi przeklęte plemię, czarniejsze od inkaustu i nie mające nic białego prócz zębów, powiada: „Wiem teraz prawdę; dziś pomrzemy. Bijcie, Francuzi, bo ja zaczynam na nowo!” Oliwier rzekł: „Hańba niech będzie opieszalszemu!” Na te słowa Francuzi runęli w ich kupę.
Kiedy poganie widzą że Francuzów jest mało, rosną w pychę i krzepią się na duchu. Powiadają jeden do drugiego: „Zła musi być sprawa cesarza!” Marganis dosiada srokatego konia. Spina go silnie złotemi ostrogami, uderza Oliwiera w plecy; włócznia przeszywa pierś i wychodzi drugą stroną. Poczem mówi: „Oto tęgi cios! Karol, król Wielki, zostawił cię w wąwozie na twą zgubę. Jeśli nam wyrządził szkodę, nie ma się czem chwalić; bodaj na tobie jednym dobrze pomściłem naszych”.
Oliwier czuje, że jest ugodzony na śmierć. Trzyma swój miecz z błękitnej stali, uderza Marganisa w śpiczasty hełm, cały złocony. Zrywa zeń ozdoby i kryształy, rozcina mu głowę po zęby. Obraca brzeszczot w ranie i wali go trupem. Zaczem mówi: „Przeklęty bądź, poganinie! Nie powiadam, że Karol nic nie stracił; ale przynajmniej nie będziesz w królestwie swojem chwalił się przed żadną kobietą ani damą, że mi wziąłeś bodaj szeląga, ani żeś zrobił jakąś krzywdę bądź mnie, bądź komu w świecie”. Poczem woła Rolanda, aby go wspomógł.
Oliwier czuje, że jest zraniony śmiertelnie. Nie może się nasycić pomstą. W najgęstszej ciżbie wali jak szczery baron. Rąbie na sztuki kopje i tarcze, nogi i ręce, siodła i grzbiety. Ktoby go widział jak ćwiartuje pogan, zapamiętałby dzielnego rycerza. Nie zapomina okrzyku Karola: „Montjoie!” Krzyczy głośno i dźwięcznie. Woła Rolanda, swego para i druha. „Cny towarzyszu, przybądź tu do mnie, przybądź blisko; z wielką boleścią przyjdzie nam się rozstać dzisiaj”.
Roland patrzy Oliwierowi w twarz: widzi go zmienionym, zgaszonym, bladym, bez krwi. Krew jasna spływa mu po ciele; sople padają na ziemię; „Boże! – powiada hrabia, – nie wiem już co robić. Cny towarzyszu, jakże mi żal twego męstwa! Nigdy nie znajdę równego tobie. Ach, słodka Francjo, zostaniesz tu dziś sierotą po dobrych wasalach, upokorzona i uboga! Cesarz poniósł wielką szkodę”. To rzekłszy, mdleje na koniu.
Oto Roland zemdlony na koniu, a Oliwier zraniony śmiertelnie. Tyle krwi stracił, że oczy mu się zamgliły; nie widzi już dość jasno aby poznać człowieka. Kiedy się zbliżył do swego towarzysza, ciął go w hełm zdobny złotem i klejnotami, przeciął cały aż do przyłbicy; ale nie dosięgnął głowy. Na ten cios, Roland popatrzył nań i pyta łagodnie, z miłością: „Cny towarzyszu, czy ty to robisz umyślnie? To ja, Roland, który cię tak kocha! Toż nie przesłałeś mi zgoła wyzwania!” Oliwier rzecze: „Teraz słyszę twój głos. Nie widzę cię: niech Bóg zechce cię widzieć! Ugodziłem cię, przebacz mi”. Roland odpowiada: „Nie zrobiłeś mi nic złego. Przebaczam ci tutaj i w obliczu Boga”. Na te słowa pochylili się ku sobie. I tak, w wielkiej miłości, rozstali się.
Oliwier czuje, że śmierć go oblega. Oczy kołują mu w głowie, traci słuch i do reszty wzrok. Zsiada z konia, kładzie się na ziemi. Wielkim głosem wyznaje swoje winy; z rękami zlożonemi i wzniesionemi do nieba prosi Boga aby mu dał raj i aby pobłogosławił Karola i słodką Francję i, ponad wszystkich innych, Rolanda, dobrego towarzysza. Serce mu słabnie, hełm spada, całe ciało ściele się na ziemi. Hrabia umarł, dłużej już nie wyżył; waleczny Roland płacze i jęczy po nim. Nie usłyszycie na ziemi boleśniejszej skargi!
Roland widzi, że jego druh pomarł i że leży twarzą ku ziemi. Bardzo łagodnie powiada mu na pożegnanie: „Towarzyszu, żal mi twej dzielności! Byliśmy razem i lata i dnie: nigdy nie wyrządziłeś mi nic złego i nigdy ja tobie. Kiedyś ty oto nieżywy, i mnie obmierzło życie”. Na te słowa, margrabia omdlewa na koniu. Strzemiona szczerozłote trzymają go w siodle, nie może spaść chociaż się przechylił...

 

BOY-ŻELEŃSKI
Lekarze mają głos
Podkreślaliśmy przy innej sposobności przyczyny, dla których ten tygodnik literacki godzi się otwierać przygodnie swoje łamy dla kwestyj napozór obcych literaturze. Skoro żyjemy w takich stosunkach , że nawet czasopisma społeczno-lekarskie uchylają się od swobodnej dyskusji w pewnych sprawach, sądzę iż, przerywając to milczenie, „Wiadomości Literackie” spełniają misję obywatelską. Dlatego też pragnę zwrócić tutaj uwagę – wszystkich, ale lekarzy w szczególności , – na pracę doc. dr. Lorentowicza p. t. „O sposobach zapobiegania ciąży”*); mianowicie dlatego, że, ze względu na oficjalne stanowisko uniwersyteckie autora, praca ta stanowi niejako przełom w ustosunkowaniu się naszego świata lekarskiego do tej sprawy.
A głos lekarzy jest tu szczególnie ważny. Bez względu na to czy poradnie „Świadomego Macierzyństwa” będą się mnożyły, i w jakiem tempie, zawsze – zwłaszcza na prowincji, w szpitalach, w kasach chorych – lekarze pozostaną naturalnemi ośrodkami w tej dziedzinie higjeny, a od ich oświecenia, od ich poglądów, od ich dobrej woli zależeć będą losy miljonów kobiet, dzieci i rodzin.
Dotąd, stanowisko lekarzy w kwestji zapobiegania ciąży było – zwłaszcza w stosunku do klas ubogich, najbardziej tego potrzebujących, – przeważnie negatywne. Wynikało to z ciśnienia wielu fałszywych pojęć, które zaledwie teraz – w ogniu dyskusji – zaczynają się przejaśniać; ale – powiedzmy wręcz – wynikało to również z ich niedostatecznej wiedzy w tej dziedzinie. Studja lekarskie na naszych uniwersytetach nie zajmowały się zupełnie środkami zapobiegawczemi; przemilczały wstydliwie i „godnie” ten dział higjeny, mimo że lada student wyliczał przy egzaminie szereg okoliczności, – bodaj czysto lekarskich, – w których ciąża jest niebezpieczna i niepożądana. Faktem jest, że pod niechęcią lekarzy do udzielania porady w tej mierze krył się często zupełny brak doświadczenia i maskowana powagą bezradność.
Doc. dr. Lorentowicz stwierdza ten brak przygotowania i stara się go wyrównać szczegółowym wykładem o środkach zapobiegawczych. (Dobre i to, choć nie zastąpi kursu praktycznego). Zarazem doc. dr. L. stawia zasadę, że, wobec naporu zagadnień życiowych, – nędzy, bezrobocia, degeneracji rasy, rosnącej plagi poronień, – a także wobec doniosłych przemian obyczajowych w dziedzinie seksualnej, zachodzi dla lekarzy konieczność „poddania rewizji dotychczasowych poglądów na środki zapobiegawcze”.
Nie może się utrzymać – mówi dalej – negatywne stanowisko lekarza, oparte na fałszywych pojęciach o „godności stanu”. W każdym przypadku zwrócenia się pacjentki z prośbą o zalecenie środka ochronnego lekarz powinien sumiennie i życzliwie rozważyć motywy konieczności ograniczenia potomstwa... Szorstka, bezwzględna odmowa oddaje kobietę w ręce partaczy i szaraltanów... Nie wystarcza również powiedzieć chorej: „pani musi się starać o to, aby nie zajść w ciążę”. Jeżeli lekarz uzna, że podane motywy zasługują na uwzględnienie, powinien nietylko wskazać najodpowiedniejszy środek ochronny, ale nauczyć chorą posługiwać się nim... „Wobec beznadziejności walki z poronieniami zbrodniczemi, dopóki społeczeństwo i państwo nie roztoczy należytej opieki nad ciężarną matką i dzieckiem, a zwłaszcza matką i dzieckiem nieślubnem, dopóki państwo i obywatele nie wezmą na swoje barki ciężaru wychowania liczniejszego potomstwa rodzin niezamożnych, dopóty polecenie środków zapobiegawczych zajściu w ciążę musimy uznać za celowe, słuszne i pożądane”.
Oto wypowiedź jasna i kategoryczna.
Jeszcze jedno godne jest uwagi w tej broszurze. Mianowicie doc. dr. Lorentowicz stwierdza, że o ile encyklika papieska z r. 1930 („Casti connubii”) bezwarunkowo i bez wyjątków – nawet gdy chodzi o życie matki – potępia i odrzuca przerywanie ciąży, o tyle w sprawie zapobiegania ciąży taż sama encyklika przechyla sie ku liberalizmowi. Doc. dr. Lorentowicz cytuje jej autentyczny tekst, mówiąc: „co dla interesującej nas sprawy ma duże znaczenie, encyklika uznaje wskazania społeczne i eugeniczne dla zapobiegania ciąży: „Wolno natomiast i winno się mieć na względzie to wszystko co przemawia za indykacją społeczną i eugeniczną, byleby się to osiągało środkami dozwolonemi, uczciwemi i w słusznych granicach” (str. 39 polskiego przekładu encykliki).
Jeżeli interpretacja doc. dr. Lorentowicza jest trafna, wynikałoby z niej, że akcja prowadzona u nas przez pewne sfery przeciw idei „Świadomego Macierzyństwa” niema żadnego autorytatywnego uprawnienia, sprzeczna jest z humanitarnemi intencjami papieża i stanowi jedynie etap samowolnje i egoistycznej walki naszego kleru o straszliwy „podatek obrotowy” od rodzących się daremnie i mrących masowo dzieci.

*) Doc. dr. L. Lorentowicz. O sposobach zapobiegania ciąży (wykład wygłoszony na I-ym kursie eugeniki i poradnictwa przedślubnego dla lekarzy w kwietniu 1931 r.). (Odbitka z tomu V nr. 2 „Zagadnienia rasy”). Warszawa, 1931; str. 23 i 1nl.