3 gości 

Rozmowa z Barbarą Winklową, autorką książek o życiu i twórczości Tadeusza Boya-Żeleńskiego.

 

O Słówkach mawiano, że są książką, którą rodzice chowają przed dziećmi a dzieci chowają ją przed rodzicami. Czy przed Panią też chowano Słówka…?

Barbara Winklowa: Ze Słówkami po raz pierwszy zetknęłam się przed wojną. Pamiętam, że jako dzieci chodziliśmy parami do kościoła. Nie mogłam wówczas zrozumieć dlaczego pan kierownik, siedzący w ławce, śmieje się niemal przez całą mszę! Pewnego razu odważyłam się i zapytałam mojego tatę dlaczego pan Szydłowski się śmieje. „Bo czyta Słówka” – odpowiedział. Pomyślałam wówczas, że musi to być jakiś rodzaj książki do nabożeństwa…

Dlaczego tyle miejsca w swojej twórczości poświęciła Pani właśnie Boyowi?

O tym, że zajęłam się Boyem w dużej mierze zadecydował przypadek. Pracownia dokumentacji przy Instytucie Badań Literackich miała za zadanie opracować monografie najsłynniejszych pisarzy i krytyków. Wytypowano kilkanaście nazwisk  i przydzielono je nam jako tematy prac doktorskich. Mnie przydzielono Boya-Żeleńskiego. Wtedy dopiero przyznałam się, że z jego książek, miałam w ręku tylko Słówka! Praca nad monografią Boya zbiegła się równocześnie z wydaniem jego Pism w Państwowym Instytucie Wydawniczym. I tutaj znowu przypadek zadecydował, że publikacje te połączono z moją osobą. Pracujący wtedy w PIW-ie mój kolega Jan Józef Lipski wspomniał o tym, że przygotowuję monografię biobibliograficzną i zaproponował aby zaprosić mnie do komitetu redakcyjnego. Tak więc pracując nad monografią Boya, równocześnie robiłam noty bibliograficzne do każdego z tomów Pism. Następne w kolejności ukazały się Listy Boya, w moim opracowaniu, ciągle jednak miałam świadomość, że pewne zagadnienia – szczególnie okres lwowski – podane zostały bardzo skrótowo i należałoby poświęcić im więcej miejsca. Pamiętam, zaczynał się stan wojenny, kiedy ukazywały się ostatnie zeszyty „Kultury Niezależnej”. Marta Fik, która była wtedy redaktorem namówiła mnie do napisania artykułu wyjaśniającego powody, dla których wspomniany okres został potraktowany tak skrótowo. Ten artykuł ukazał się bodajże w ostatnim numerze „Kultury Niezależnej”.

Po monografii Boya, napisała też Pani monografię jego antagonisty Karola Irzykowskiego.

Karolem Irzykowskim zajęłam się ze względu na Boya. Byli to dwaj najwybitniejsi polscy krytycy, a jednak sposób podejmowania przez nich tych samych tematów był skrajnie różny. Karol Irzykowski bardzo mnie pod tym względem zainteresował, jednak okazał się być dla mnie tak trudnym krytykiem, że dosłownie utonęłam w jego pismach i biografii na kilka lat. Pamiętam dość zabawną sytuację związaną z informacją o tym, że Instytut Badań Literackich planuje wydanie monografii największych polskich pisarzy. Niedługo potem zjawiła się w Instytucie energiczna pani w średnim wieku, domagając się rozmowy z moją kierowniczką, panią Ewą Korzeniewską. Po krótkiej rozmowie pani Ewa wezwała również mnie. Nasza rozmówczyni – a była to Zofia Irzykowska, córka Karola – powiedziała, że naturalnie zgadza się z hierarchią nazwisk podanych w tej informacji, ale jednocześnie pyta gdzie jest Karol Irzykowski?! Jeżeli bowiem uznajemy dorobek Boya - recenzenta, tym bardziej powinniśmy uwzględnić jej ojca, który ma dorobek dużo większy i dokładniejszy pod względem merytorycznym. Przyznam, że w tamtym momencie zapadła dość duża konsternacja, ponieważ uświadomiłyśmy sobie, że istotnie Karol Irzykowski został pominięty. Pani Ewa zapewniła Zofię Irzykowską, że jej ojciec z pewnością zostanie uwzględniony. Tak też się stało. Niebawem zaczęłam pracę nad Pismami Irzykowskiego w Wydawnictwie Literackim gdzie robiłam noty bibliograficzne do poszczególnych tomów. Zdobyte doświadczenie wykorzystałam do napisania podobnej i niepodobnej monografii bibliograficznej, niepodobnej bo chyba lepszej niż ta poświęcona Boyowi. 

Jak ocenia Pani Beniaminka, o którym Krzywicka napisała, że „napsuł dużo krwi Boyowi”?

Uważam, że Boya – bardziej niż sama polemika – denerwowała forma, na jaką zdecydował się Irzykowski. Trudno o dwie tak różne względem  siebie osoby. Najlepiej ilustruje to karykatura Zaruby, ukazująca Boya i Irzykowskiego podczas posiedzenia PAL, zwróconych plecami do siebie. Obydwaj byli dobrze wykształceni, podejmowali te same tematy. Byli filarami krytyki literackiej, a wokół ich sporu toczyły się dyskusje na łamach „Wiadomości Literackich". A jednak bardzo różnili się w podejmowaniu tych tematów. Irzykowskego ciekawiła teoria literatury, historia i tradycje literackie.  

Obydwaj byli członkami Polskiej Akademii Literatury, czy wzajemne towarzystwo było dla nich w jakiś sposób bolesne?

W listach Karola Irzykowskiego nie ma najmniejszej wzmianki na ten temat, z kolei Boy był człowiekiem niezwykle uprzejmym. Zofia Żeleńska opowiadała, że kłaniał się Irzykowskiemu na wszystkich premierach. Był człowiekiem o niezwykle ciepłym usposobieniu, a swoją grzeczność starał się okazywać na każdym kroku.

W pracy nad biobibliografią Boya cennym doradcą była żona pisarza Zofia Żeleńska…

Przypomniało mi to zabawne zdarzenie z okresu, kiedy spotykałam się z panią Zofią. Tak się złożyło pewnego razu, że nie mogłam pójść na umówioną wizytę i nie chciałam jej też odwoływać, ponieważ chodziło jedynie o odebranie materiałów. Pani Zofia była wspaniała, ale jak mi się wówczas wydawało, kompletnie nie zwracała uwagi na to z kim rozmawia. Poprosiłam więc zaprzyjaźnioną koleżankę – a była to Jadzia Kaczyńska, mama pana Prezydenta – aby poszła za mnie. Należało jedynie wejść, odebrać materiały i podziękować. Przy następnej wizycie pani Zofia bardzo grzecznie zapytała mnie czy często zmieniam uczesanie i kolor włosów! Oczywiście wszystko zauważyła, ale na szczęście nie obraziła się. 

Zofia Żeleńska zmarła w 1956 r. Jak Ją Pani wspomina po przeszło pięćdziesięciu latach?

Widzę ją przez pryzmat tego co napisał o niej Wyspiański w Weselu. Dzisiaj w Rydlówce można zobaczyć dwa portreciki sióstr Pareńskich: Zosi i Maryny. Zosia w chusteczce zawiązanej pod brodą. Taka właśnie była. Bardzo delikatna, jakby prześwietlona. Była zupełnym przeciwieństwem towarzyskiej, przebojowej Maryny. Ale był okres, kiedy potrafiła się bawić na całego, gdy związała się z Witkacym. Pan Władysław opowiadał, że zdarzały się sytuacje, kiedy wracała do domu dość późno, a Boy odprowadzał ją do łóżka. Myślę, że rola żony tak sławnego człowieka była – i jest – niezwykle trudna.  Zofia Żeleńska chciała mieć własne życie.

Zofia Żeleńska odegrała również ogromną rolę w działalności translatorskiej Boya…

Bardzo szybko w tym związku narodziła się przyjaźń i wzajemny szacunek. Boy miał wsparcie i pomoc żony nie tylko przy korekcie przekładów, ale również podczas  publicystycznej walki o reformę obyczajową. Nie angażowałaby się tak bardzo, gdyby nie widziała sensu w tym co robi jej mąż. Byli do siebie bardzo przywiązani. Pierwszą rzeczą, jaką robił Boy po premierze, był telefon do żony, aby opowiedzieć o pierwszych wrażeniach.

Nie chodzili razem na premiery?

Bardzo rzadko. Zofia Irzykowska, która na premiery przychodziła z ojcem, wspominała, że zawsze był sam.

Jaką rolę pełnił w życiu Boya Władysław Żeleński?

Ogromną. Była między nimi duża różnica wieku, ponieważ pan Władysław był niemal rówieśnikiem jego syna, jednak mieli podobne zainteresowania i jednakowe spojrzenie na ówczesne problemy obyczajowe. Ważną rolę odegrała tu Boyowa, której się Władysław bardzo podobał, a i ona nie była mu obojętna. Myślę, że Boya, który był człowiekiem niezwykle otwartym, bardzo to cieszyło.

W latach siedemdziesiątych Władysław Żeleński walczył o dobre imię stryja m.in. na łamach londyńskich „Wiadomości" i paryskiej „Kultury". W dużej mierze przyczynił się też do powstania Pani książki Boy we Lwowie.

Pan Władysław właściwie zmusił mnie do napisania tej książki. W jego korespondencji do mnie powracała kwestia wyjaśnienia okresu lwowskiego w życiu Boya. Pracowałam wtedy nad monografią o Irzykowskim, dlatego poinformowałam pana Władysława, że nie ma możliwości abym w tym momencie zajmowała się też Boyem.  Niespodziewanie w 1989 r., dotarła do mnie ogromna paczka z Paryża. Znajdowały się w niej wszystkie materiały dotyczące pobytu Boya we Lwowie oraz mordu profesorów lwowskich.  Miałam poczucie, że pan Władysław nie na darmo te wszystkie materiały zgromadził.

Czy nie uważa pani, że Władysław Żeleński nieco brązowił Boya?

Wydaje mi się, że nie. Jego starania o odkłamanie okresu lwowskiego wynikały z ogromnej admiracji Boya.  Bardzo cenił stryja, jego teksty znał niemal na pamięć. Miał przy tym ogromne poczucie humoru i kochał anegdoty. Kiedy w 2001 r. ukazała się moja książka Boyowie, pan Zbigniew Sroczyński, siostrzeniec Władysława Żeleńskiego miał mi za złe ujawnienie związku Zosi z Witkacym. Pan Władysław był książką zachwycony. Bardzo lubił Zosię i cieszył się, że jej postać została utrwalona w literaturze.

Irena Krzywicka często podkreślała więź łączącą ją z Boyem. Jak odnosiła się do związków męża Zofia Żeleńska?

Z pewnością w pierwszych latach małżeństwa ta kwestia była dla nich dużym problemem. Z czasem, kiedy wycichły emocje, pojawiła się ogromna przyjaźń. Obydwoje bardzo o siebie dbali i zabiegali o to, aby realizować się każde na swój sposób. Pani Zofia była bardzo mądrą kobietą i odnalazła się w tej skomplikowanej sytuacji. Nigdy nie rozmawiałyśmy na ten temat.

We wspomnieniach z tamtego okresu pojawia się opinia, że Boyowa nie lubiła Krzywickiej. 

Pani Zofia mówiła o Irenie Krzywickiej ciepło, jednak była osobą bardzo dyskretną. Jeśli nie było potrzeby wkraczania w sprawy osobiste, nigdy tego nie robiła. Nasze rozmowy skupiały się wokół biobibliografii, nad którą wówczas pracowałam. Z chwilą, gdy dobiegły końca, powiedziała: „Powiedziałam pani to, co pamiętam, ale powinna pani porozmawiać z Ireną Krzywicką”.

W Wyznaniach gorszycielki  Irena Krzywicka napisała:  „gdyby pani Winklowa zadzwoniła do mnie i zadała mi parę pytań…”  Dlaczego Pani nie zadzwoniła…?

Do pani Krzywickiej nie tylko dzwoniłam, ale też u niej byłam! Przyznam, że ta rozmowa nam nie wyszła, dlatego po latach Krzywicka mogła nie zapamiętać tego spotkania. W tamtym okresie stosunkowo niewiele wiedziałam o życiu Boya, interesowały nas inne kwestie. Kiedy była już poważnie chora, kontaktowałam się z jej synem Andrzejem.

Jak wspomina Pani swoje kontakty z jedynym synem Boya, Stanisławem?

Stanisław był bardzo zżyty ze swoją matką. Był aktorem i wzmianki na temat jego występów możemy odnaleźć w recenzjach Boya z tamtego okresu. Więcej uznania zdobył jednak jako aktor radiowy. W odróżnieniu od ojca, miał piękny głos. Po śmierci matki  starał się podtrzymywać nasze kontakty, był obecny na wszystkich sesjach poświęconych Boyowi. Już po moim doktoracie zaproponował mi wspólny objazd po kraju. On z felietonami ojca, ja z wstępem biograficznym. Bałam się, że ten projekt nam nie wyjdzie, więc odmówiłam, jednak zachowaliśmy kontakt aż do jego śmierci. 

Mówiąc o ludziach bliskich Boyowi, warto też wspomnieć o Wandzie Ładniewskiej-Blankenheimowej. Czy pani Ładniewska zajęła miejsce Krzywickiej?

Panią Wandę poznałam dzięki Władysławowi Żeleńskiemu. Po wojnie zamieszkała w Paryżu i bardzo przyjaźniła się z Adelą i Władysławem Żeleńskimi. Stałym punktem rozmów między Wandą a Adelą były kłótnie, która ma 100 a która 105 lat! Charakter stosunków łączących ją z Boyem dla mnie, jako biografa, do dzisiaj pozostaje zagadką. Sądzę jednak, że w tym przypadku nie było takich relacji. Pani Blankenheimowa była wtedy młodą, zakochaną mężatką. Obydwoje z mężem opiekowali się Boyem. Być może z jego strony było jakieś cieplejsze uczucie, w końcu Wanda Ładniewska była piękną kobietą. Spędzali razem mnóstwo czasu, wspólnie spacerowali po Lwowie. Moim zdaniem była to relacja na zasadzie mistrz – uczennica.

W swoim czasie Boyowi nadano tytuł  „Beniaminka”, a jednak nasuwa się wrażenie, że był lekceważony jako pisarz?

Tak. Ta końcówka, mniej więcej od czasu kiedy zaczął pisać felietony obyczajowe… Myślę, że tutaj duże znaczenie miała zmiana tematyki. Zarzucano mu, że tak wiele miejsca w swojej twórczości poświęca kwestii obyczajowej. Proszę zauważyć jak niewiele recenzji teatralnych pisze w tym okresie. Ale równocześnie powstały wtedy znakomite książki poświęcone Molierowi, Fredrze, czy Ludzie żywi – bardzo dobrze przyjęte przez krytykę. Czytając te książki chciało się dyskutować, sięgnąć do źródeł. Myślę, że Boy wyżywał się w pisaniu, podczas gdy w towarzystwie znany był jako siedzący w kącie milczek. 

Czy nie uważa Pani, że Boy „podciął sobie nogi” stając po stronie kobiet?

Boy był przekonany o słuszności tego co robi. W tej kwestii bardziej zwracano uwagę na fakt, że kolejna jego miłość była, że tak powiem „drożdżami” tej sprawy. I to właśnie miano Krzywickiej za złe. Pierwsza krew i kolejne jej publikacje były bardzo fizjologiczne i to się ówczesnej elicie intelektualnej nie podobało. Szum, jaki tworzyła wokół siebie Krzywicka dotykał również Boya. To była wówczas prześliczna dziewczyna i zwracała na siebie uwagę. Zachęcała go do podejmowania tematów, które ją samą interesowały. Natomiast jeśli chodzi o Boya… On miał niezwykły dar pisania prostym językiem o trudnych kwestiach, na przykład Nasi okupanci… Był to bardzo trudny, bardzo kontrowersyjny temat, ale jak odważnie postawiony… 

Dlaczego Boy zginął we współczesnej literaturze?

Sądzę, że to my jesteśmy odpowiedzialni za to czy ktoś funkcjonuje w literaturze czy nie. Podczas jednego z zebrań komitetu redakcyjnego, pracującego nad Pismami Boya prof. Markiewicz powiedział, że wydanie pism wiąże się z uśmierceniem twórcy. Kiedy spłaci się ten przysłowiowy dług wobec pisarza, można go już tylko odłożyć na półkę… Myślę, że w przypadku Boya potrzebny jest impuls, osoba czy instytucja, która przywoła jakąś część z ogromnej spuścizny po nim. Nie sądzę aby Boy zginął, myślę, że czeka na właściwy moment.

Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Monika Śliwińska

Barbara Winklowa jest autorką monografii biobibliograficznych poświęconych Tadeuszowi Żeleńskiemu i Karolowi Irzykowskiemu. Temu pierwszemu poświęciła swoje kolejne książki: Boy we Lwowie, Nad Wisłą i nad Sekwaną, Boyowie. Zofia i Tadeusz Żeleńscy. Wydała również Listy Tadeusza Żeleńskiego, Karola Irzykowskiego, Obrachunki Boyowskie (razem z Erykiem Lipińskim) oraz książkę Narcyza i Wanda o przyjaźni Narcyzy Żmichowskiej i Wandy Żeleńskiej.

 

 

        

Jean Fabre (1904-1975) francuski historyk literatury:

 

„Zamordowany poeta” – powiedział o nim Wojciech Natanson. Mógł szukać ocalenia w ucieczce, ale wzgardził tą próbą. Może chciał własnym doświadczeniem wymierzyć aż do jakiej ostatecznej granicy może dojść okrucieństwo w potwornym sprzężeniu z głupotą; i myślę, że na nadchodzącą śmierć spoglądał z tą samą wyniosłą ironią, jaką okazywał zawsze wobec przejawów tępoty i ograniczenia barbarzyńców, niezdolnych pojąć, że żadną brutalną siłą nie da się zdławić ducha.

         Nie można bowiem zabić poetów: pozostają „ludźmi żywymi”. Dziś Boy-Żeleński liczyłby prawie sto lat: 21 grudnia 1974 r. będziemy obchodzić stulecie jego urodzin. Ale mimo nieustannie narastającego czasu Boy wymyka się starości. Pozostaje dla mnie takim, jakim był, gdy go znałem. Był starszy ode mnie równo o lat trzydzieści, lecz w mojej pamięci zaciera się różnica wieku, ponieważ od jego śmierci minęło również trzydzieści lat – i oto staliśmy się rówieśnikami.

         W ciągu lat blisko dziesięciu, aż do r. 1939 mogłem bywać u niego i korzystać z jego przyjacielskiej gościnności. Niech mi więc wolno będzie wspominać go takim, jakim jawi się przede mną jeszcze i dzisiaj: w domu, w którym mieszkał i pracował, nieco na uboczu Krakowskiego Przedmieścia, w pobliżu Starego Miasta. Na ścianach co najmniej dwadzieścia obrazów, szkiców i studiów Wyspiańskiego: byłem nimi urzeczony, nigdy nie oglądałem ich w takiej ilości i tak z bliska. Skupieni wokół pana domu lub rozproszeni w małych grupkach literaci, dziennikarze, artyści, słynni aktorzy, dużo młodzieży, natomiast niewielu profesorów uniwersytetu – chyba że byli, jak ja, Francuzami.

         Boy mówił mało i sądzę, że słuchał niewiele więcej. Z pochyloną głową, ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma, pogrążony był w zadumie. Podobnie jak wielu humorystów, usposobienia był raczej smętnego: w jego dyskrecji czy w zobojętnieniu wyczuwało się melancholię. Wyjąwszy chwile, w których rozmowa zahaczała o Francję i francuską literaturę: w takich momentach ożywiał się raptownie i stawał się niezwykle rozmowny.

         I to też była przyczyna, dla której podejmował mnie tak często: czasem by się ze mną naradzić nad jakimś ustępem z Prousta – autora, którego tłumaczenie przysparzało mu niewątpliwie najwięcej kłopotów, ale i najwięcej radości; to znów by mi powierzyć jakąś wiadomość dla Marcelego Bouterona albo zlecić poszukiwanie czegoś w Bibliothèque Nationale w Paryżu, ale najczęściej – by po prostu rozmawiać o Paryżu i Francji.

         „Znasz-li ten kraj?...” To co mówi o Krakowie z czasów swojej młodości, równie dobrze mógłby powiedzieć o tym Paryżu, który odkrył dla siebie właśnie w r. 1900 – w roku wielkiej Wystawy Paryskiej – „Najpiękniejszy pejzaż na świecie – jak powie – ów kamienny pejzaż starego Paryża, rozścielający się od Notre-Dame aż do Luwru...” Lecz głębiej jeszcze, aniżeli ten pejzaż, zapadł mu w serce pewien styl życia, kształt miłości, sposób myślenia i pisania, które stały się jego drugą naturą.

         Ta ewokacja Francji przywracała mu młodość, przydawała na nowo jego spojrzeniu i słowu wyraz swawolny i nieco fantazyjny, zdradzający usposobienie psotnego chłopca: usposobienie, które kazało mu niegdyś przybrać ów pseudonim  - czy raczej żartobliwy „herb”, co zrósł się odtąd z jego nazwiskiem: Tadeusz Boy-Żeleński.

         Ta chłopięca filuterność Boya wiązała się organicznie ze skłonnością do melancholii. W ten sposób w naturze Boya świeżość młodości, błyskotliwość inteligencji zestrajała się z refleksyjnością i marzycielstwem. Boy, na którego Francja wywarła wpływ tak przemożny, nie dawał się jednak przypasować do żadnego określonego typu psychiki francuskiej. Wkorzeniony głęboko w glebę krakowską i polską, nikogo przecież nie przypominał, był indywidualnością niepowtarzalną – ze swoją świeżością uczuć, spontanicznością serca, nawet z pewną dozą naiwności. Ten prześmiewca próżnych zaszczytów i czczej chwały, nie był przecież bynajmniej nieczuły na uznanie i nawet na owe „zaszczyty”, pod tym warunkiem wszakże, by spływały nań z Francji. A Francja przydzielała mu ich dość skąpo i ostrożnie dawkując, tak zwane „odznaczenia”: palmy akademickie, potem Legię Honorową, a potem – pamiętam jego radość, gdy na mniej więcej na pięć lat przed wojną, otrzymał Komandorię Legii Honorowej. Z satysfakcją wspominał również o przyjęciu, jakiego doznał w środowisku literatów paryskich, kiedy w r. 1922 przybył na uroczystości trzechsetlecia urodzin Moliera jako przedstawiciel pisarzy polskich.

         Ze szczególną przyjemnością wspominał prelekcję, którą wygłosił w  1927 r. w wielkim amfiteatrze Sorbony; wtedy to właśnie, zagubiony w tłumie stłoczonym w audytorium, ujrzałem go po raz pierwszy. Miejmy nadzieję, że ten sam amfiteatr rozewrze podwoje na uroczystość pierwszego stulecia urodzin tego niepospolitego pisarza, wspaniałego tłumacza, niezrównanego przyjaciela Francji, humorysty o wielkim sercu, jakim był – i pozostaje – Tadeusz Boy-Żeleński.

przełożyła

Leonia Jabłonkówna

Teatr, 1973, nr 24

(przedruk za zgodą Redakcji)

 

Stanisław Żeleński

Wspomnienie o Boyu

W lipcu minęła dwudziesta rocznica tragicznej śmierci mego Ojca i znów przesuwa mi się przed oczami szereg wspomnień związanych z Jego osobą.

Gdy się urodziłem Ojciec był jeszcze lekarzem, ale już stykał się z „Zielonym Balonikiem”, początkowo jako widz, a wkrótce potem jako współautor Szopek. Na jedną z kostiumowych zabaw „Zielonego Balonika” wybierał się Ojciec w marynarskim ubranku. Postanowiłem w jakiś sposób przyczynić się do upiększenia jego kostiumu (miałem wtedy kilka lat). Ulepiłem z gazet i kolorowego papieru czapkę z pióropuszem i wręczyłem Mu ją. Byłem niesłychanie dumny, gdy Ojciec oceniwszy, że czapka jest piękna, wyszedł w niej z domu na zabawę.

         Wiele radości sprawiało mi przyglądanie się szyciu kostiumów i ubieraniu lalek, które występowały w Szopce. Jedną z nich (Badeniego) tak polubiłem, że nie chciałem usnąć dopóki nie przyniesiono mi jej do łóżeczka, abym mógł ucałować ją na dobranoc.

         Z Ojcem jako lekarzem zetknąłem się tylko raz (nie licząc okresu niemowlęcego). W czasie pobytu z matką w Wiśle skaleczyłem się w palec u nogi i trzeba mnie było zawieźć do Krakowa na zabieg. Ojciec pełnił dyżury lekarskie na dworcu; tam też zoperował mi nabrzmiały ropą palec. Ciekawe, że będąc lekarzem kolejowym i z konieczności stykając się z różnego rodzaju przypadkami, był tak niesłychanie wrażliwy, że nie mógł słuchać opowiadań o ranach itp. Gdy kiedyś opowiadałem Mu, że wbił mi się gwóźdź w oponę rowerową, Ojciec skrzywił się i zatkał sobie uszy.

         Kłopoty Ojca ze mną zaczęły się na dobre z chwilą rozpoczęcia przeze mnie nauki w gimnazjum im. Sobieskiego w Krakowie. W tym to czasie zdecydowałem, że nie zostanę księdzem (jak przedtem zamierzałem) lecz aktorem. Postanowienie to połączone było z szeregiem ucieczek z domu, opuszczaniem lekcji, no i naturalnie z odpowiednimi stopniami w szkole.

         Wtedy Ojciec postanowił umieścić mnie w jakimś internacie, aby odseparować mnie od teatru. Wybrał zakład o.o. jezuitów w Chyrowie. Straszny to był dla mnie cios. Ale tak się szczęśliwie złożyło, że jezuici nie chcieli mnie przyjąć z powodu przełożenia przez Ojca Kubusia fatalisty Diderota. Wysłano mnie więc do internatu w Zakopanem. Ale kłopoty ze mną nie skończyły się. Będąc synem lekarza kolejowego korzystałem na kolei z dużej zniżki, co ułatwiało mi częste ucieczki do Krakowa na próby generalne i premiery. Ponieważ w czasie pierwszej ucieczki, gdy zjawiłem się w domu odesłano mnie zaraz z powrotem – następne odbywały się  „incognito”. Po latach dopiero przyznał mi się Ojciec, że wiedział o każdym moim pobycie w Krakowie.

         W 1922 roku przenieśliśmy się do Warszawy. Ojciec objął kierownictwo literackie Teatru Polskiego, a ja ukończyłem gimnazjum.

         W 1926 roku rozpocząłem pracę aktorską w Teatrze Polskim. W tym czasie Ojciec powrócił do dziennikarstwa, więc miałem w Jego osobie już nie tylko Ojca, ale i recenzenta. Pisał o mnie życzliwie, czasem żartobliwie, np. „pan Żeleński rozwija się, chwała Bogu.”

         Raz jednak mnie zjechał. Grałem wtedy w Teatrze Ateneum w sztuce Janusza Korczaka pt. Senat szaleńców. Napisał wtedy: „pan Żeleński nadużywał głosu; mówiłem mu to już w domu”.

         Jestem też chyba jedynym synem, któremu ojciec się przedstawił. Pewnego razu zjawił się w teatrze w czasie jakiejś próby generalnej. Stałem w grupce kolegów ucharakteryzowany na dostojnego starca. Ojciec podszedł do nas, przywitał się z kolegami, których poznał a mnie grzecznie się przedstawił. Mimo to, że poznaliśmy się „osobiście”, spotykając Go na ulicy nigdy nie kłaniałem Mu się. Wynikało to stąd, że Ojciec idąc ulicą, tak był zwykle zamyślony, że patrzył na mijanych ludzi, nie widząc nikogo.

         Kiedyś zrobił mi Ojciec zabawny kawał, o którym dziś myślę z rozrzewnieniem, ale wtedy, przyznaję się, byłem na Niego wściekły. Próbowaliśmy wtedy w Teatrze Polskim niemiecką komedię pt. Hokus-pokus. W prologu i epilogu występował między innymi krytyk teatralny. Antoni Słonimski dostosowując ów prolog i epilog do naszych stosunków, w tekście krytyka sparodiował Ojca. W roli tej obsadzono mnie. Ojcu nic o tym nie mówiłem, ciesząc się z góry na efekt na premierze. Zacząłem Go tylko bacznie obserwować, co w końcu zwróciło Jego uwagę i musiałem się do wszystkiego przyznać. Miałem dwadzieścia parę lat, ale charakteryzację miały mi ułatwić znane szczegóły w zewnętrznym wyglądzie Ojca, a mianowicie fryzura „z przedziałkiem” i małe wąsy. Jakież było moje przerażenie, gdy na parę dni przed premierą, wróciwszy po próbie na obiad do domu, zastałem Ojca bez wąsów i uczesanego do góry. Cała obmyślona charakteryzacja na nic. Co robić? Ale dobre serce Ojca pomogło mi: wyjechał parę dni wcześniej na urlop, aby mi nie psuć efektu na premierze. Ucharakteryzowałem się więc na Ojca takiego jakim Go wszyscy pamiętali. Podobny byłem do tego stopnia, że ówczesny prezes ZASP-u, świetny aktor Józef Śliwicki, będąc za kulisami w czasie próby generalnej przywitał się ze mną jak z Ojcem. Ojciec był dopiero na jednym z ostatnich przedstawień, ale przyznaję, że było mi niesłychanie przykro parodiować Go w jego obecności.

          W jednym z przedwojennych filmów reżyserowanych przez Aleksandra Hertza, wystąpił Ojciec jako statysta. Była w tym filmie scena, gdy młody pianista produkuje się przed audytorium złożonym z przedstawicieli świata sztuki. Hertz, chcąc uczynić film bardziej atrakcyjnym zaprosił ówczesnych czołowych przedstawicieli świata artystycznego do wzięcia udziału w tej scenie. Niestety nie pamiętam już ani tytułu filmu, ani nazwisk innych ludzi, którzy prócz Ojca brali udział w tej scenie. To bezpośrednie zetknięcie się z filmem nie uczyniło jednak z Ojca kinomana. Zachęcany przeze mnie wiele razy do obejrzenia jakiegoś filmu, wykręcał się tłumacząc mi, że kino męczy dwie rzeczy, które z racji swej pracy ma już i tak zmęczone, to jest oczy i ...siedzenie.

         W roku 1929 wydawało się, że spełni się największe marzenie Ojca, a mianowicie wydanie wszystkich przekładów w jednakowej szacie graficznej pod firmą Biblioteki Boya (szereg książek wydanych w czasie pierwszej wojny światowej miał okropny papier i zły format). Nowe wydawnictwo miało być oparte na prenumeratorach. Ojciec, Matka i ja zabraliśmy się do pracy propagandowej tj. do rozsyłania prospektów. Ja adresowałem koperty i nalepiałem znaczki, a Ojciec ładował prospekty do kopert i pełen dobrej myśli wrzucał je do skrzynki pocztowej. Niestety ogólnoświatowy kryzys odbił się i na Bibliotece Boya. Wszystkie posiadane przez rodziców pieniądze pakował Ojciec w to wydawnictwo. Niestety nie udało mu się doprowadzić tego zamierzenia do końca. Duża ilość egzemplarzy Biblioteki Boya, która pozostała w domu, sprzedawana za grosze w czasie okupacji pomogła przetrwać Matce i mnie.

         Niezapomniane są dla mnie wspomnienia z roku 1932 kiedy wyruszyłem z Ojcem w objazd po Polsce. Ojciec mówił o Villonie z okazji 500-lecia jego urodzin, ja zaś recytowałem fragmenty z Wielkiego testamentu. Objazd nasz nie obył się bez różnych przygód. Szereg miast odmówiło wynajęcia sali. Z innych nadchodziły listy z pogróżkami. Największe chyba emocje przeżyliśmy we Lwowie. Chodziły wieści, że odczyt ma być zerwany, Ojciec pobity itp. Na sali komplet, nawet dużo krzeseł dostawianych. Chwilę przed rozpoczęciem zjawia się za kulisami komisarz policji zaniepokojony dostawionymi krzesłami, którymi, jak twierdził, łatwo jest rzucić na scenę. Skończyło się jednak na bardzo miłym przyjęciu.

         Gdynia – tytuły w gazetach: Wróg Kościoła w Gdyni, co jednak nie wpłynęło źle na frekwencję. Jedynie w Płocku zamieszczona w gazecie odezwa podpisana przez proboszczów wszystkich parafii, oraz agitacja z ambon, sprawiła, że sala była mocno przerzedzona.

         W Tarnowie dwaj dygnitarze miejscy witali nas na dworcu, ofiarując swoje auto na przejazd do hotelu. Później się okazało, że wzięli nas za komisję ministerialną, która miała tego dnia przyjechać. Zresztą Ojciec od razu się połapał w tym nieporozumieniu, gdyż w aucie powiedział do mnie, że mu to przypomina Gogolowskiego Rewizora.

         W czasie odczytu zaskoczył mnie Ojciec tzw. (w naszym żargonie) gierką. Gdy skończyłem recytować jeden z fragmentów, pogłaskał mnie pieszczotliwie po głowie, co naturalnie wywołało wybuch śmiechu na widowni.

         Przykro wrył mi się w pamięć rok 1937, kiedy to Ojciec wydał Marysieńkę Sobieską. Zaczęły się sypać pogróżki. Nadchodziły anonimy grożące pobiciem, a nawet szubienicą! Oboje z Matką obawialiśmy się, aby Ojca nie spotkało coś złego. Z jednego z ministerstw otrzymał Ojciec radę, aby (wobec niemożności zapewnienia mu bezpieczeństwa) wyjechał na jakiś czas za granicę. Udał się wtedy do Francji.

         Na początku września 1939 roku pożegnaliśmy się na zawsze. Ojciec dostał się do Lwowa, skąd od czasu do czasu przychodziły do nas króciutkie listy. W czasie powstania warszawskiego Niemcy podpalili dom, w którym mieszkaliśmy, tak że nie zachowała mi się absolutnie żadna pamiątka po Ojcu. Dosłownie nic.

         Ilekroć dziś myślę o Nim, zawsze widzę go przy maszynie do pisania, przy której spędzał prawie cały dzień. Nawet bomby spadające na Warszawę w pierwszych dniach wojny nie potrafiły Go od niej oderwać.

 

Teatr, 1961, nr 15 (przedruk za zgodą Redakcji)