3 gości 

Boy w anegdocie

Tadeusz Boy-Żeleński niejednokrotnie podkreślał, że wszyscy humoryści w życiu prywatnym są melancholikami, za takiego też uchodził on sam. A jednak to właśnie jego życiorys jest bogaty w znane i mniej znane anegdoty, które z upodobaniem powtarzali jego entuzjaści i wrogowie.

Jako mały chłopiec, zwykł modlić się przed figurą Matki Bożej, którą mijał w drodze do szkoły. Pewnego razu, w przypływie buntu, postanowił zerwać z dotychczasowym zwyczajem. Pech chciał, że tego dnia w szkole dostał pięć dwój! „Taki  natychmiastowy odwet ze strony nieba zrobił na mnie silne wrażenie. (…) Toteż na dłuższy czas wróciłem do swojej figury” (Krzywicka, 2002, s. 260). W Krakowie uczęszczał początkowo do szkoły mieszczącej się w domu barona Larischa. Była to jedyna uczelnia, która nie miała w nazwie świętego patrona, o czym chłopiec nie wiedział. Pytany przez krewnych, do której szkoły chodzi, odpowiadał niezmiennie „do świętego Larysza”.

Swoje dzieciństwo Boy wspominał z goryczą, a i za dziećmi podobno nie przepadał. „Ale po czym właściwie poznaje pani swoje dziecko?” – zapytał pewnego razu Irenę Krzywicką na placu zabaw, a ona – zdaje się – nie zawsze umiała wychwycić momenty gdy jej przyjaciel zwyczajnie blagował…

Dystans do dzieci miał prawdopodobnie podłoże w doświadczeniach z praktyki lekarskiej. Warto w tym miejscu przypomnieć zabawną anegdotę z czasów gdy Boy-pediatra został wezwany do chorego niemowlęcia. Po dokładnym osłuchaniu dziecka, postawił diagnozę: zatrucie nieświeżą rybą! „Panie doktorze! – zareplikowała żywo matka – Rybą?! Niemowlę…?” Doktor Żeleński, zamyślił się po czym orzekł: „Ma pani rację. Trzeba wezwać lekarza” (por. Hen, 1998, s. 122). Gdy po wielu latach przyszło mu zrobić swojej przyjaciółce zastrzyk domięśniowy „pierwszą igłę zgiął, drugą zgiął, trzecią złamał, ale zdołał wyciągnąć”. Zdenerwowany krzyknął: „Pani ma skórę jak hipopotam!” (Krzywicka, 2002, s. 262).

Dzięki licznym wspomnieniom wiemy jak wyglądał rozkład dnia w mieszkaniu przy ulicy Smolnej, a później na Krakowskim Przedmieściu. Około 8.30 Boy budził się i jadł śniadanie w łóżku. Pierwszą kawę wypijał przeglądając gazety, które – według rodzinnej anegdoty – przynosiła mu w pysku spanielka Gapa. Kiedy pracował w domu, stukot maszyny rozlegał się tuż po godzinie dziewiątej i trwał niekiedy do późnego wieczora. Krzywicka wspominała, że siadając do pisania zażywał jedną małą pastylkę witaminy C, odkrytej w 1937 r. „To podobno cudowny środek, działa jak czarna kawa i nie szkodzi” - mawiał. Po okresach wytężonej pracy twórczej, następowały napady melancholii i przygnębienia. Wtedy całymi dniami „czytał, czytał, czytał”.

Boy chętnie przyjeżdżał do domu Krzywickiej w Podkowie Leśnej. Lubił przyrodę i był świetnym piechurem. W Podkowie wypoczywał, ale nigdy nie pisał. Zwykł mawiać, że na wsi „nie może z siebie nic wydobyć” i „wszystko wtedy wydaje mu się ważniejsze od pisania”. Lubił pracować w ogrodzie Krzywickiej, choć na pieleniu grządek nie znał się wcale (zachowało się zdjęcie Boya gracującego ścieżkę). Kiedy pewnego dnia gospodyni podała na obiad indyczkę, która często chodziła po ogrodzie, oświadczył ze zgrozą: „Czuję zimny nóż na gardle”.  

Boy, skryty i nieśmiały, cieszył się ogromnym powodzeniem u kobiet. Sam twierdził: „W miłości jak w tramwaju – wszyscy mają równe prawa”. Panny, mężatki, hrabiny i aktorki „nie robiły mu trudności”, choć podobno nie lubił kobiet wysokich. Zapytany kiedyś, czy podoba mu się pewna piękność słusznego wzrostu, odparł z westchnieniem: „Owszem, ale na nią to by trzeba z linami, z czekanami, w kilku”.

Kobiety, z którymi romansował były piękne, inteligentne i błyskotliwe. Mniej uznania zyskał jego związek z Janiną Szreniawą, młodą aktorką stołecznych teatrów, o której Jan Lechoń pisał: „Boy miał kiedyś przyjaciółeczkę, miłego, poczciwego, ale bardzo głupiutkiego kurdupelka. Niusia Jackowska tłumaczyła mu kiedyś, że to dziewczę nie jest na jego poziomie, że ośmiesza go. Biedny Boy złapał się wtedy za głowę i zawołał: »No, nie obrzydzajcie mi jej. Czemu mi ją obrzydzacie? Przecież w końcu z kimś żyć trzeba!«” (Lechoń, 1992, s. 486).

Kiedy po dziesięciu latach postanowił rozstać się z Szreniawą dla Ireny Krzywickiej, nie obyło się bez awantur. Pisarz postanowił przeczekać gorący okres w prywatnej klinice dla nerwowo chorych. Przestraszonej Krzywickiej tłumaczył: „Cisza, spokój, nie ma jak wariaci”. Po wielu latach Janina Szreniawa powiedziała biografce Boya, Barbarze Winklowej, że Żeleński powodowany zapewne poczuciem winy, zaproponował byłej kochance… adopcję. Szreniawa odmówiła, tłumacząc, że być może po jakimś czasie zechce też adoptować Krzywicką, a ona nie chce mieć takiej siostry! (por. Winklowa, 2001, s. 124)

Z Ireną Krzywicką, o której złośliwie mawiano, że weszła do literatury „pod-boyem”, łączył  go również wspólny warsztat pisarski.  Młoda publicystka, recenzująca dla „Wiadomości” i „Robotnika” wspierała pisarza w jego kampaniach społecznych. Z kolei Żeleński był dla niej nie tylko „wielkim napięciem zmysłowym”, ale również „mistrzem” – jak pisze w swojej biografii – i przewodnikiem po literaturze. Zachowała się anegdota, jak to razu pewnego Boy nerwowo kręcił się po kawiarni: „Muszę iść do Ireny – powiedział w końcu – bo ona chce coś pisać, ale nie wie, o czym” (Tuszyńska, 1999, s. 205).

Mówiono o Boyu, że był człowiekiem roztargnionym, a mijając ludzi nie spostrzegał ich w ogóle. Janusz Tazbir we Wstępie do książki W perspektywie czasu, przytacza opowieść z czasów I wojny, kiedy to zmobilizowany do służby wojskowej dr Żeleński nie salutował starszym rangą kolegom. „Obrugany za to przez jakiegoś pułkownika, ofuknął z kolei surowo szeregowca, który mu nie oddał należnych honorów. Na co ten zareplikował: »Ależ panie kapitanie, ja jestem listonoszem, a nie żołnierzem«” (Żeleński, 2006, s. 18).

Stanisław Żeleński, wspominając po latach swego ojca, twierdził, że jest jedynym synem, któremu przedstawił się własny ojciec. Stanisław, młody aktor Teatru Polskiego, wziął udział w przedstawieniu, w którym ucharakteryzowano go na „dostojnego starca”. Podczas próby generalnej stał w grupce kolegów, gdy nieoczekiwanie przyłączył się do nich Boy-recenzent. Aktorom, których poznał, podał rękę, natomiast synowi grzecznie się przedstawił!

Krytyki teatralne Boya są znakomitą próbką „skrzącego dowcipu”, o którym wspominali ludzie zaprzyjaźnieni z pisarzem. Przykładem jest recenzja ze sztuki w reżyserii K. Borowskiego Ten, którego biją po twarzy z 1933 r.: „Pani Gorczyńska jako pogromczyni lwów wykrzykuje:  »Czemu moje zwierzęta mnie nie lubią?« Możemy to wytłumaczyć tej utalentowanej artystce; dlatego że w każdej roli daje ona ton niepotrzebnej opryskliwości, której jak się okazuje, nie lubią nawet zwierzęta i z której powinna się koniecznie wyleczyć. Małe przeszkolenie słodyczy, np. trzydniowy kurs u Smosarskiej, a ręczę, że potem ją zwierzęta polubią«” (Lechoń, 1993, s. 502).

Z kolei po przedstawieniu Bal w obłokach, w styczniu 1930 r. napisał: „Ćwiklińska była rozkoszna. To istny kuchmistrz dialogu; wióra umie tak podać, że człowiek by przysiągł, że to kiełbaska parowa. (…) Gorczyńska była hoża i piersiowa, Hnydziński barczysty, Skarżyński pleczysty, dekoracje Drabika śliczne; a teraz przeszło, minęło, skończyło się, zapomnieć, wykąpać się, odpocząć, marzyć, śnić, a przede wszystkim zapomnieć, zapomnieć, zapomnieć…” (cyt. za: Markiewicz, 2001, s. 85).

Zdarzało się również, że recenzje Boya powodowały nieporozumienia, kończące się zerwaniem długoletnich stosunków. Najgłośniejszym przykładem była recenzja sztuki Spadkobierca, autorstwa wieloletniego przyjaciela Adama Grzymały-Siedleckiego w 1925 r. Krytyka Boya poróżniła go z Grzymałą nieodwracalnie. W opublikowanym na łamach „Kuriera” liście do autora sztuki Boy napisał: „(...) Proszę Cię tylko, Kochany Adamie, o jedno. Odczytaj sobie jeszcze raz moją recenzję (...). A przed następną Twoją premierą – darujesz, że w nagłych sprawach osobistych wyjadę do Skierniewic lub do Egiptu”.

 „Lubił się bawić” – wspomina Krzywicka. Był okres, kiedy podczas słynnych sobotnich wieczorów  u  Żeleńskich, gospodarz chętnie tańczył. Swobodnie czuł się  jedynie w towarzystwie osób zaprzyjaźnionych, w innych przypadkach tak on, jak i żona, wymawiali się od zaproszeń. „Nie ma sensu raz zabawić się – powiedział kiedyś  – Jak się bawić to już ciągle”. W towarzystwie Boy bywał na ogół milczący. Słuchał i obserwował. Kiedy rozmowa schodziła na interesujący go temat, ożywiał się i włączał do dyskusji. Głos miał niepiękny, zbyt wysoki. Doskonale parodiował go Witkacy. Lechoń w swoim Dzienniku wspominał: „Boy, broniący jednego z pisarzy-akademików, w gruncie rzeczy tandeciarza, ale bardzo popularnego, zaperzył się i zapiszczał: »Czego wy od niego chcecie? Przecież on nie dla was pisze«” (Lechoń, 1992, s. 172).

Do plotek na swój temat podchodził z żartobliwym dystansem. Świadomie pielęgnował swój wizerunek zepsutego chłopca. „Zła reputacja” gwarantowała poczytność jego książek i przekładów. Pierwsze publikacje o tematyce homoseksualnej wywołały spekulacje na temat orientacji ich autora. Niusia Leszczyńska, była kochanka Boya, wyrzucała mu kiedyś: „»Wie pan, panie Tadeuszu, że jak tak dalej pójdzie, to pan też skończy jako homoseksualista.« A na to Boy bardzo żywo i wcale niestropiony: »Wie pani, że to bardzo możliwe – bo mój stryj jest jednym z najpoważniejszych  pederastów na świecie«” (Tamże, s. 175).

W życiu prywatnym był człowiekiem nieśmiałym, o niesłychanej wręcz skromności. Źle znosił komplementy i wyróżnienia. W swoich felietonach, chronił się pod osłoną żartobliwej autoironii i błazenady. Dla dobrej puenty nie wahał się niekiedy nagiąć prawdy. Opowiadając o swojej karierze, podczas odczytu w Sorbonie w 1927 r., powiedział: „Czułem, że tajemnicą mojego powodzenia jest ufność, jaką czytelnicy pokładają we mnie, wiara, że nigdy ich nie znudzę”. 

 (mś)